Terroryzm - plaga naszych czasów; czyli o konflikcie w Afganistanie


Jedenasty września dwa tysiące pierwszego roku to pamiętna data dla całego świata. Dla większości to dzień żałoby i smutku, ale dla zdecydowanej mniejszości – święto radości. Chyba każdy pamięta jeszcze tą tragedię, która wstrząsnęła – zdawać by się mogło odpornymi na wszystko – fasadami Ameryki, wszakże nie było to tak dawno.

Przypomnijcie sobie ten straszliwy dzień. W telewizji na okrągło, prawie przez całą dobę, pokazywali budynek World Trade Center i dwa kolejno po sobie uderzające samoloty; jeden w zachodnią, drugi we wschodnią wieżę. Co wtedy robiliście? Gdzie byliście, gdy usłyszeliście, co się stało? Co czuliście, gdy w momencie w którym Wy jedliście ciasto orzechowe, całowaliście się z chłopakiem/dziewczyną, śmialiście się, szli pojeździć na rowerze, czy cokolwiek innego czynili – życie traciło pięć tysięcy ludzi. I stało się to dosłownie w kilka chwil.

Czy nie czuliście przerażenia? Albo choćby odrobiny strachu? Czy nie wydawało Wam się, że ten atak skierowany jest również w Was? Czy mieliście pewność, że kolejny boeing nie nadleci nad Wasze miasto i nie runie w Wasz dom. Czy nadal czuliście się bezpieczni tak, jak przed tymi wydarzeniami?

Zagrożenie mogło nadejść ze wszystkich stron, mieć jakąkolwiek formę i zabić równie niespodziewanie, jak zabiło tamtych ludzi.

Czy nie zadawaliście wśród masy pytań tego najbardziej tajemniczego, mrocznego i... ciekawego; tak, tragedia Ameryki budziła też jakby nie patrzeć ciekawość, zwykłą ludzką ciekawość. Pytania, na które dziś już wszyscy znamy odpowiedź. Wtedy było jednak inaczej, wtedy nikt nie wiedział. Nie wiedział, kto to zrobił. Kto mógł...? Kto ważył się zaatakować wielką potęgę, jaką było (i jest) U.S.A? Kto podniósł rękę na największą światową siłę gospodarczą i militarną? Kto śmiał uderzyć na Stany Zjednoczone Ameryki, kraj wolności i wolnych ludzi. A może nie wolności, a symbolizujący wolność? – Czy nie tak powinno to brzmieć?

Nie chcę tu potępiać Ameryki. Ale nie będę jej też chwalił i twierdził: „o jaka to ona dobra”. Może mam, jak (chyba) większa część Polaków jakąś awersję do ludzi zza Atlantyku, w każdym bądź razie nie jest ona dla mnie uosobieniem szczęścia. I na tym stwierdzeniu zakończę swe poglądy na temat U.S.A., jako że nigdy tam nie byłem i na razie nie zamierzam się wybierać.

Trzeba jednak przyznać, że FBI i te inne (tajne) służby dość szybko ustaliły kto stoi za tym aktem terrorystycznym.

Osama bin Laden – arabski multimilioner, czerpiący swe zyski ze sprzedaży ropy naftowej. Człowiek, który zabił w imię wiary, w imię muzułmanów. Człowiek, który wypowiedział otwartą wojnę Ameryce i jej sojusznikom.

Po tym, jak ustalono, że kryje się on w afgańskich górach i że tam również znajduje się największa międzynarodowa siatka terrorystyczna Al-Quaidy, Stany za sprawą G.W.Busha odpowiedziały. Oko za oko, ząb za ząb. Rzucone wyzwanie zostało podjęte...

W Afganistanie rozpętało się piekło i mimo olbrzymiej przewagi technologicznej, w ilości ludzi, a także wsparcia innych krajów, w tym też i Polski, „zwycięstwo” U.S.A. przyszło ciężej niż się spodziewano. Nie dość, że bin Ladena wspomagał reżim Talibów, to na dodatek góry w Afganistanie stanowią jeden z najtrudniejszych obszarów do prowadzenia operacji wojskowych. Przekonali się o tym Sowieci, którzy nie tak to jeszcze dawno próbowali okupywać ten kraj. Nie udało im się.

Stanom przeciwnie. Szczęśliwie dla Amerykanów, Afgańczycy to naród rozdarty wewnętrznie. Wspierany przez U.S.A. Sojusz Północny w znacznym stopniu przyczynił się do pokonania Talibów. To przy jego pomocy zdobyto stolicę Kabul. To on regularnie dręczył bojowników Osamy. Stanom było to zdecydowanie na rękę; to nie ich żołnierze cały czas narażeni byli na ostrzał, to nie oni ginęli w dużych ilościach, nie oni musieli czuwać całymi dniami i nocami. Wyczekiwać, obserwować, prowadzić walkę pozycyjną, jak za czasów pierwszej i drugiej wojny światowej. Przecież chyba lepiej nie paprać sobie rąk, a do brudnej roboty wykorzystać kogoś innego. Sojusz Północny świetnie się do tego nadawał. Walczył o wolność, wspierany przez świat, przez „Wielką Amerykę”. (Trzeba wiedzieć, że za rządów Talibów prawa nie były respektowane, w szczególności prawa kobiet, które traktowano wręcz jak bydło, które upokarzano, które można było niemal bezpodstawnie zabić. Niestety wiele jest państw o podobnym ustroju, a raczej jego braku, co w byłym Afganistanie; głównie mam tu na myśli zacofane kraje Afryki). A owe Stany prócz zaopatrywania Sojuszu cóż zrobiły? Ot, wysłano czasami elitarne oddziały do akcji, a tak to latały tylko myśliwce i strzelały rakietami w wyznaczone cele, nie zawsze trafiając i mordując przy tym sporadycznie niewinnych afgańskich chłopów, bo też ktoś źle wyliczył cel.

Może trochę przesadziłem (wspominałem już o swojej niechęci), ale przecież słyszeliście o pomyłkach amerykańskich sił powietrznych. Osoby postronne ginęły. Marines może i łazili po górach, ale gówno zdziałali. Przecież Talibowie znają swój teren w przeciwieństwie do sił amerykańskich. Ożywiło się dopiero, gdy Sojusz szedł na Kabul. Zjednoczone oddziały innych państw też ruszyły. A ci wszyscy specjalnie wyszkoleni komandosi, którzy mieli za zadanie pojmać żywego lub martwego bin Ladena, zawiedli i ośmieszyli się. Stolica upadła, reżim Talibów został przełamany, ale przywódcy terrorystów nie złapano.

I co dały te działania wojenne? Co?

Rządy Talibów zlikwidowano – ktoś powie. Tak, ale Afganistan to zlepek różnych kultur i ludów. Na miejsce starego nowy tyran zasiądzie. A poza tym niedobitki Talibów przetrwały, ukryte w twierdzach i jaskiniach górskich. Wprawdzie obecnie nie słyszy się o konfliktach w Afganistanie, ale minął dopiero nieco ponad rok od zaistniałych wypadków. Jestem niemal pewien, że niedługo znów będzie głośno o tym państwie.

Czy terroryzm unicestwiono? Nie. Owa plaga już zawsze będzie istnieć. Zawsze znajdą się ludzie pragnący zamanifestować coś w ten sposób. Samobójców gotowych zginąć za swe przekonania (nie tylko religijne) nigdy nie zabraknie.

No ale najważniejsza dla Amerykanów była kara i zemsta. Wprawdzie głównego winowajcy nie dosięgnięto, ale przynajmniej wybito jego ludzi i zniszczono jego kryjówkę. A to, że z powodu ofensywy cierpieli niewinni, że w tym i tak ubogim kraju głodowali jeszcze bardziej było zwykłą koniecznością. Dostawy żywności pomogły wprawdzie, ale niewiele, sporą część przechwytywały grasujące bandy, które wykorzystywały chaos i zamęt walk. Stany nie odpuściły jednak, musiały ukazać w pełni swą potęgę, musiały zniszczyć siedlisko zła. Nie twierdzę, że tak nie powinno być. Ale czy musiało się to odbyć w tak brutalny sposób? Czy nie można było inaczej? Afganistan to biedne państewko o trudnym terenie geograficznym. Ciężko jest tam żyć i mieszkać. Ciężko jest zdobyć pokarm, nie ma nowoczesnych sprzętów, nie ma szkół, nie ma komunikacji ze światem, nie ma pieniędzy (znaczy się to wszystko jest, ale w znikomym stopniu). Jak więc zarabiać uczciwie? Jak utrzymać rodzinę? Jak żyć godnie, jak na człowieka przystało?

Bombardowania tym bardziej pogłębiły kryzys. Przecież ktoś będzie zmuszony posprzątać ten „bałagan”. I znów U.S.A. i Europa zadatuje nowy rząd w Kabulu. Czy jest więc sens wpierw niszczyć, a później finansować naprawę, tego co się zniszczyło?

Sam już nie wiem, czy rząd Stanów nie postąpił zbyt pochopnie, czy nie miał innego wyboru? Faktem jest, że terroryzm to plaga XXI wieku i że najbardziej konfliktowym rejonem na świecie jest Bliski Wschód. Trzeba z nią walczyć, prawda. Jednak zastanówmy się nad sobą, my też nie jesteśmy bez winy (mam na myśli nie tyle Polskę, co największe światowe potęgi). Czy różnice pomiędzy krajami pierwszego a trzeciego świata nie są już zbyt ogromne? A przepaść ta cały czas się powiększa. Czy ci bogaci nie powinni wyciągnąć ręki do tych biednych? Tyle, że tak naprawdę, z miłości, chęci pomocy bliźniemu, a nie na pokaz. Wiadomo, iż jeśli ktoś ma za dużo, a drugi za mało – rodzi to bunt i frustrację. Zresztą w historii naszego państwa mieliśmy dużo takich przykładów: czy nie było wśród chłopów rewolty, czy nie uderzyli oni na swych panów, na szlachectwo. Obecnie wśród społeczeństw są i zamożni i ubodzy, tyle że zjawisko to występuje w ramach poszczególnych narodów (powiedz – nie miałeś kiedyś ochoty, aby zabrać coś, czego Ty nie miałeś, a posiadał to kto inny?).

A co, jeśli taką samą sytuację mamy już nie w społeczeństwie danego kraju, tylko pomiędzy całymi państwami?

Sami sobie odpowiedzcie...


Slaine