Polska 2 .. .. 9 roku


Był chłodny, brudny poranek. Wśród gigantycznych zwałów betonu, żelastwa i posklecanych płyt poruszało się niewielu ludzi. Szare, cementowe bloki, zapyziałe ulice, przerdzewiały metal, przegniłe drewno i wszechogarniający smog.

Kielce – ogromny moloch. Miasto-wrak, jak dziesiątki innych w Polsce. Żadnych drzew, żadnych trawników, wszystko sztuczne. Prócz ludzi. Choć i w tym przypadku zdarzają się wyjątki.

Paweł Gruzdek jak zwykle wstał wcześnie rano. Pospiesznie się ubrał, załatwił swe potrzeby i obmył w śmierdzącej, pożółkłej wodzie. Przełknął jakąś papkę z puszki i popił barwnikiem. Rozejrzał się po swoim dwupokojowym mieszkaniu, z czego jedna malutka kanciapa była łazienką, a druga służyła za pokój i kuchnię w jednym.

Cholera. Totalny bajzel. Gdzie ta pieprzona kurtka? Zaczął przerzucać graty i klamoty. Jest. Założył czarną skórę na plecy i pospiesznie wyszedł, przekręcając kluczyk w drzwiach. Nie musiał kupować elektronicznych zamków, nie obawiał się włamania. Zresztą nie stać go było na to. Zatrzymał się na schodach. Z prawej kieszeni wyciągnął maskę i założył na twarz. Postąpił parę kroków do przodu i znalazł się na zewnątrz. Dwa razy mocno wciągnął powietrze i z powrotem wypuścił je z płuc. Było cuchnące i trochę rzadkie, ale odkażone. Maska skutecznie oczyszczała tlen. Nie miał problemów z płucami, podobnie jak większość obywateli. Prawie każdy nosił maskę. Rzadziej spotykało się osoby bez niej, lub posiadające filtry.

Filtry... Jeszcze trochę i będę je miał. Kilkadziesiąt sprzedanych działek... I filtry. Odpowiednia sumka dla tych drani z Państwowego Szpitala przy Grunwalda i mała operacja. Uda się, musi się udać. Dziewięćdziesiąt osiem procent szans powodzenia zabiegu – myślał – sporo. Na pewno się uda...

Spojrzał szybko w lewo. Jakiś chuj jechał sześciokołowcem wprost na niego. Lśniący chromem zderzak i przyciemniane szyby sprawiały, iż nie dostrzegał kierowcy. Odskoczył w ostatniej chwili.

Gruzdek opadł na bruk. W tej samej chwili coś huknęło. Niebieski strumień energetyczny przeleciał tuż nad nim i uderzył w blok naprzeciwko. Kawałki gruzu wyleciały w powietrze, a dwa z nich trafiły chłopaka. Z piskiem opon pojazd odjechał.

Łoskot maszyn pracujących w pobliskiej hucie, jednej z nielicznych w mieście, niewiele zagłuszał przekleństwa. Paweł popatrzył na uszkodzony budynek. Rozwaliło dość spory fragment muru i wyrwało kraty z okien, a wszystkie okoliczne szyby popękały. U mnie pewnie też poszły. Uśmiechnął się. Jeszcze większy bajzel. Nie dostrzegł trupów, choć przecież ktoś mógł zginąć; przy takiej sile rażenia to bardzo możliwe. Nie licząc paru starych, lamentujących kobiet nikt nie krzyczał. Nikt nie przejął się tym epizodem. Normalka. Ruszył na piechotę w kierunku centrum.


* * *


Marzena Ruiczek szła do Grześka, swojego chłopaka. Po prawdzie był jej kochankiem, a raczej ona jego kochanką, ale nazywała go swym chłopakiem. Miała kwaśną minę, wciąż pamiętała, jak przyłapała go w dość dwuznacznej sytuacji wraz ze współpracownicą w jego własnym domu.

Dziś również, jak zazwyczaj, włożyła na siebie proste, wygodne ciuchy. Nie miała na sobie tych gustownych wdzianek, które tak lubił Grzegorz. Ona ich nie znosiła. Wyglądała w nich jak... jak dziwka. Tak, to było odpowiednie słowo. Choć się upierał, postawiła na swoim.

Przystanęła w kabinie skanującej. Po kilku sekundach przezroczyste, hermetyczne drzwi z dziwnej substancji otworzyły się. Przeszła; bez przeszkód mogła poruszać się po większości pomieszczeń w budynku, gdyż Grzesiek wprowadził jej dane do głównego komputera, zarządzającego całym systemem.

Zobaczymy, jaki jesteś wierny, Grzesiu. Niezapowiedziana wizyta miała stanowić niespodziankę, lecz był to tylko pretekst. W rzeczywistości chciała ostatecznego dowodu na to, że łajdak ją zdradzał. W ostatniej chwili wskoczyła do zamykającej się windy. Wyróżniała się. Wszyscy nienagannie ubrani, a ona... Brzydkie kaczątko. Nie, nie brzydkie. Ten wyraz w ogóle do niej nie pasował. Piękne kaczątko. Widać było po niej, że nie należy do sfer. Jest tu tylko dzięki znajomościom. W większości spojrzeń wyczuwała pogardę w stosunku do własnej osoby, choć u mężczyzn znacznie rzadziej (a czasami, wręcz przeciwnie – fascynację). Zdążyła już do tego przywyknąć.

Wysiadła na dziewiątym piętrze Budexu – ogólnokrajowej firmy budowlanej, która miała siedzibę w Warszawie a filie w wielu molochach, między innymi w Kielcach. Ostatnio spółce powodziło się coraz gorzej; nie ma gdzie budować, nie ma dobrych materiałów na budowę, nie ma funduszy... Rząd obiecał pomóc, wesprzeć kwotą zakończoną kilkoma zerami, ale gdzie tam. Państwo samo ma problemy, długi wobec zachodnich sąsiadów sięgają setek miliardów euro. A o zagranicznym kapitale nie ma mowy, już od kilkudziesięciu lat żadne liczące się na międzynarodowej arenie państwo nie inwestuje w Polsce. Ale tu jeszcze nie jest najgorzej. Im dalej na wschód, tym tragiczniej...

Z tylniej kieszeni dżinsów Marzena wyjęła skaner, niewielkie urządzenie posiadające zadziwiająco wiele funkcji. Ustawiła odpowiednie opcje. Lewym kciukiem zaczęła poruszać gałką. Przeleciała przez pierwszą ścianę, a na wyświetlaczu ukazała się niemłoda już kobieta ślęcząca nad osobistym komputerem, niezwykle potężną maszyną. Gogle na oczach wskazywały, że albo miała przerwę i się relaksowała, albo zamiast pracować korzystała z wirtualnej rzeczywistości. Wirtualna rzeczywistość – pomyślała. Można się od tego uzależnić. Dzięki Grześkowi korzystała parę razy z globalnej sieci i zatkało ją; mnóstwo informacji, danych i snów, jak nazywała WR. Nie zdawała sobie sprawy, że Zachód jest już tak dalece zaawansowany. Zasrany świat, czy musi taki być? Przeleciała skanerem wzwyż, nad biuro Grześka. Ledwo je dosięgnęła. Maksymalny zasięg wynosił dwadzieścia metrów, ot, bardziej do zabawy, niż konkretnych celów; jednak ona umiała w pełni wykorzystać możliwości takich zabawek.

Na wyświetlaczu naga kobieta leży między biurkiem a Grzegorzem. Uprawiają miłość.

Marzena wcisnęła zapis cyfrowy. Ja ci pokażę dowód, świnio! Niestety, nie mogła nic usłyszeć, jej model nie posiadał takiej funkcji; może to i jednak lepiej?

Po chwili nie wytrzymała. Mimo swego wcześniejszego nastawienia. Mimo, że obiecała sobie nie rozkleić się. Nie była przyzwyczajona do takich sytuacji. Nie mogła stać i patrzeć, jak jej chłopak kocha się z inną, tak jak z nią; jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie. Schowała skaner do kieszeni i wybiegła.

Szła parkingiem do swojego jeepa. Miała mokre oczy. Pieprzony prezent od Grześka. Kopnęła butem w drzwiczki. Prócz bólu, jaki poczuła w stopie nic innego się nie stało. Odblokowała alarm i zasiadła za kierownicą. Wytarła chusteczką oczy i puściła utwór Enigmy „Samej mi najlepiej”. Wyłączyła autopilota. Sama chciała poprowadzić, odreagować jakoś. Podkręciła głośność i ostro ruszyła z miejsca. Nie korzystała z komputerowej mapy miasta, ze statystyk. Nie korzystała z niczego, za wyjątkiem odtwarzacza muzyki. Jechała na oślep. Łzy nadal napływały jej do oczu a pod nosem nuciła sobie piosenkę. Po chwili jeszcze mocniej cisnęła pedał gazu.

Licznik wskazywał ponad dwieście na godzinę. Szczęśliwie na trasie nie było wielu przeszkód: ludzi przebiegających przez dziurawą asfaltówkę i innych wehikułów mknących w różne strony. Sprawnie je mijała. Jej pojazd miał świetną przyczepność, zresztą tak jak większość.

Nagle na liczniku wśród kilku zmiennych, zielonych punkcików przeszkód, wyskoczył czerwony. Muzyka przycichła, a z zestawu głośno mówiącego doszedł ją półautomatyczny głos: „Wymiar Sprawiedliwości”.

Szybko spojrzała na licznik. Zwolniła i odbiła w uliczkę na prawo. Miała nadzieję, że jej nie zauważyli, że w porę zeszła z ich licznika. Zatrzymała się, a po sekundzie czerwony punkcik zniknął gdzieś z wyświetlacza. Odetchnęła z ulgą. Gdyby ją gonili, nie miałaby najmniejszych szans ucieczki. Prawie żaden pojazd, nieważne ilu kołowy, nie mógł równać się z poduszkowcami glin. Ruiczek widziała je już wiele razy. Owe wehikuły lewitowały metr, dwa nad ziemią. Były szybkie, skrętne i mocne – wykonane z najnowszych stopów. Ale... mogły też wzbić się i wyżej. Pamiętała, gdy jako dziecko usłyszała przeciągłe wycie. Szybko wybiegła z domu – wtedy jeszcze w masce – i spojrzała w niebo równie szare i brudne, co jej blok. Na wysokości pięćdziesiątego metra, zręcznie manewrując pomiędzy budynkami, kupami złomu i belek, śmigał poduszkowiec. W zawrotnym tempie minął ją i zniknął za najbliższym załomem ściany. Była wtedy taka podekscytowana...

Uśmiechnęła się do wspomnień z dzieciństwa i pojechała dalej.

Skręciła ponownie w prawo i oniemiała. Jakiś mężczyzna znajdujący się niedaleko, kilka metrów od niej, trzymał w ręce zakrwawiony nóż i wpatrywał się w jej twarz. Pomiędzy dwoma wózkami śmietnikowymi leżało czerwone ciało jakiejś kobiety. Człowiek wyglądał na kogoś z nizin, zabrudzony, w zniszczonej odzieży i o długich, postrzępionych włosach. Stali tak kilka sekund, po czym mężczyzna skoczył w jej kierunku i uderzył nożem o szybę. Nic. Wzrokiem poszukał opony – choć w większej części była ona osłonięta, to jednak znalazł niewielką lukę, wymóg produkcji – i zamierzył się ostrzem.

W jednej chwili Marzena oprzytomniała i cisnęła gaz do dechy. Faceta odrzuciło na bok, a ona gnała nierówną, zaśmieconą i czarną uliczką. Zerknęła szybko na mapę. O mój boże! Czarność! Jestem na Czarności...!

Czarność – osiedle największego upadku i demoralizacji. Samo kryminogenne środowisko. Nawet Wymiar Sprawiedliwości rzadko tu zaglądał.

Krew pulsowała jej w skroniach, adrenalina zdążyła już uwolnić się do organizmu, a pot z mocno zaciśniętych palców spływał po kierownicy. Nie zważała już na zielone punkciki, gnała prosto przed siebie, by możliwie najszybciej wydostać się z tego miejsca. Na drodze na wprost dostrzegła ostre, metalowe gruzy. Trzech mężczyzn wymierzyło w nią broń. Na szczęście przestarzała. Trzy kule odbiły się od przedniej szyby. Grzesiu, mój kochany Grzesiu. Dobrze, że mimo mego uporu tym razem to ty postawiłeś na swoim i kupiłeś mi krytego jeepa. Obniżyła przedni błotnik-taran, będący pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Kupa żelastwa z hukiem rozeszła się na boki. Posłyszała kolejne strzały, lecz żaden nie wyrządził jej szkody. Po chwili skarciła się za to, co pomyślała o Grzegorzu. Świnia, a nie kochany Grześ.

Wyjechała wreszcie na Jagielona, skręciła z piskiem opon w Grunwalda i pędziła dalej, nie zwalniając nic a nic. Miała dziwne, nieodparte wrażenie, że wszyscy chcą ja złapać i... Ta myśl natychmiast nasunęła się do głowy. Zabić.


* * *


Paweł wyjął jointa i zapalił. To mu pomagało, jemu i tysiącom jego rodakom. Odprężyć się, zapomnieć o szarości Polski, o przetrwaniu kolejnego dnia. Uśmiechnął się, miał skuna, marihuanę najwyższej jakości; przeważnie palił skuny. Już prawie zapomniał o niedawnym incydencie. Kroczył bezkolorowymi, dusznymi ulicami, mijając potencjalnych klientów. Szedł do roboty.

Szedł do Henryka po działki, by następnie je rozprowadzać.

Był narkotykowym dealerem.

Usłyszał za plecami. Przystanął i odwrócił się.

Czterech wyrostków odzianych w skóry, dresy i łańcuchy stało przed nim; bez masek. Jeden wyglądał na jebanego punka – proste, stojące przez środek głowy włosy, po bokach wygolony, a cała morda w kolczykach.

Kurwa! Niech to szlag. Trzeba było wziąć ze sobą Zjeba i Walecznego. We trzech dalibyśmy sobie z nimi radę. We trzech nie zostalibyśmy nawet zaczepieni. Wyjął niedopalonego jointa i podał najbliższemu. Ten od razu włożył go do swej parszywej gęby.

Jebańce pierdolone!

Gruzdek popatrzył szybko na wszystkich. Wyglądali na prymitywów; same łańcuchy, noże i pałki. Nie mieli broni palnej, nie mówiąc już o energetycznej.

Odskoczył szybko do tyłu, trzymając przed sobą w prawej dłoni pistolet maszynowy.

Spojrzeli po sobie. Naszpikowana metalowymi ozdobami morda skinęła. Odeszli. Chłopak obserwował ich do momentu, gdy skręcili w boczny chodnik i zeszli mu z oczu. Schował spluwę i także ruszył.

Odczuwał satysfakcję. W pojedynkę poradził sobie z czterema ulicznikami. Przepędził drani. Był górą. Idąc zatęchłą Topora poklepał się po kieszeni, gdzie trzymał broń. Już nie raz mi pomogłaś.

Wtem z tyłu szczęknęło coś metalicznego. Wiele razy słyszał podobne odgłosy, ale tym razem było to coś innego, coś bliskiego, wrogiego...

Odwrócił się, ręka ponownie powędrowała pod kurtę.

Hlast!

Nie zdążył.

Ostry, kolczasty łańcuch przejechał mu po czole, zraszając kroplami posoki bruk. Paweł jęknął, mimo bólu utrzymał do połowy wyjęty pistolet. Odruchowo wypalił serią. Dwa z trzech pocisków trafiły.

Olbrzymie cielsko punka wyrżnęło pod nogami Gruzdka. Cudem uniknął uderzenia masywnej pałki na wysokości szyi i strzelił w brzuch kolejnemu. Dres zacharczał, drżącymi palcami złapał go za spodnie i legł tuż koło wypuszczonego bejsbola. Pozostali dwaj zawahali się. Wycelował w nich i nacisnął spust.

Głuchy trzask.

Jeszcze raz.

To samo.

Kurwa! Magazynek! Kiedy go ostatnio sprawdzałem?! Cholera, nie mam zapasowych... Jak w pieprzonych amerykańskich filmach.

Przetarł rękawem obficie płynącą krew z rozciętego czoła; wpływała mu na oczy. Tamci skoczyli do niego, ale zamarli w pół kroku. Donośny, przeciągły dźwięk syren wypełnił powietrze. Wymiar – jęknął w myślach.

Wszyscy trzej rozbiegli się na różne strony.

Pędził co sił w płucach, od czasu do czasu przecierając krew z brwi i oczu. Wpadł na kogoś. Odepchnął. Odbił się od ściany i rzucił w lewo. Łeb mu napierdalał, posoka utrudniała widzenie, a umazane na czerwono ręce ślizgały po betonie.

Przez cały czas słyszał wycie.

Szybko. Ledwo dyszał. Nie biegł już do centrum, chciał się schować, przeczekać. W sumie w centrum byłby w stanie się ukryć, ale pewien był również, że nie zdołałby tam dobiec. Przebiegając Dziewiętnastowieczną mieliby go jak na dłoni. Gnał nad zalew. Zjeb miał tam drewniany, rozpadający się domek. Często spotykali się w tym miejscu. Na szczęście każdy z paczki miał klucz, wejście nie stanowiło więc problemu.

Może ktoś jest. Przydałaby się Bystra. Bystra była dziewczyną Walecznego. Więcej ich wprawdzie dzieliło niż łączyło, ale najwyraźniej stanowili żywy dowód na to, że przeciwieństwa się przyciągają. Umiałaby się odpowiednio zająć moim czołem...

Znalazł się na jezdni.

Nagle coś go grzmotnęło i zapadł w ciemność.

Nie zdążył się nawet obejrzeć.


* * *


Przerażona Marzena nacisnęła pedał hamulca. Za późno. Coś przeleciało po masce a następnie kabinie. Nie była już na Czarności, zostawiła ją dawno za sobą. Znajdowała się na Szydełku. Spokój. Muszę się uspokoić i zachować zimną krew. Myśl o własnej śmierci odpłynęła gdzieś daleko. Przetarła rękawem zaschnięte na twarzy łzy i powoli wyszła z czterokołowca.

Usłyszała przeciągłe wycia. Jakiś pięciokołowiec wyminął ją. Przeszła na tyły jeepa.

Przystanęła.

Na drodze leżał nieruchomo młody, zakrwawiony mężczyzna.

Wyjęła skaner, szybko przestawiła opcje i przeleciała wzdłuż jego ciała. Na wyświetlaczu pojawił się obraz mężczyzny, a na dole dane:


OBRAŻENIA:

ZŁAMANA KOŚĆ LEWEGO PRZEDUDZIA.

WSTRZĄS MÓZGU.

SZEROKA RANA SZARPANA CZOŁA.

MAŁA RANA SZARPANA LEWEGO PRZEDRAMIENIA.

BRAK PRZYTOMNOŚCI.

STAN:

PRZEŻYJE.

BEZ SKUTKÓW KALECTWA.


Odetchnęła z ulgą. Spojrzała raz jeszcze na chłopaka. Otworzyła drzwi jeepa i z niejakim trudem przeniosła go na przedni fotel po prawej stronie. Następnie opuściła oparcie, by mógł wygodnie leżeć i wskoczyła z lewej. Ustawiła autopilota na namiary swojego domu, system potwierdził przyjęcie kursu, pojazd ruszył ustaloną siedemdziesiątką, a ona poczęła zajmować się rannym.



Cóż, mam nadzieję, że moja wizja się nie spełni. A jeśli już tak, to że nastąpi w 2999 roku, a nie 2019.

Opowiadanie to traktuje jako bliskie s-f, bardzo bliskie. Może i odstraszające swą wizją, ale w takim kierunku zmierza nasz świat.


Slaine