Bębny umilkły. Jednyne, co było jeszcze sychać, to suche, przytłumione trzaski pochodni, zatkniętych półkołem w ziemię płaskowyżu. Dziewczyna siedziała wyprostowana. Mała, drobna i kompletnie naga na zbyt dla niej wielkim tronie. Duzy otwarty plac otoczony był lasem. Srebrzyste liście połyskiwały matowo w półmroku. Nad osadą zaległa złowieszcza cisza.Pozbawione wyrazu oczy wieczyny ukrywaly smiertelny strach, ktory ogarnial ja zawsze, ilekroc spojrzala na swoich zgromadzonych poddanych. Jej czas sie dopelnil. Wiedziala o tym. WIedziala tez, ze nie udalo jej sie wykonac zadania...