Oni
„I jeśli kiedyś wybrać będę mógł jak to zrobić
to przecież dobrze, dobrze o tym wiem
chciałbym umrzeć z miłości...”
Stali na dworcu kolejowym. Ona i on. Na pobliskim zegarze ściennym dochodziła właśnie dziesiąta. O tej porze na dworze jest już ciemno. W budynku było jednak jasno, jarzeniówki rozświetlały ponure pomieszczenie i tylko parę kątów tonęło w całkowitym mroku. Ruch panował niewielki, prawie żaden. Ot, kilku podróżnych spieszyło w sobie tylko znanych kierunkach. Na pobliskich plastikowych krzesełkach siedziało dwóch bezdomnych, roztaczając wokół siebie aurę odpychającego smrodu, a kilka metrów dalej trzech pijaków zażarcie ze sobą dyskutowało. I choć miejsce wyraźnie nie należało do przyjemnych, to późna pora sprzyjała miłemu nastrojowi.
Chłopak przeniósł wzrok z dziewczyny na grupkę zapitych mężczyzn, którzy zaczęli się właśnie szamotać, a następnie z powrotem powiódł oczyma ku jej twarzy. Była piękna. Od zawsze, odkąd ją tylko ujrzał, uwielbiał wpatrywać się w te rysy. Było w nich coś ekscytującego, coś, co przyciągało jego spojrzenie jak magnes metal. Delikatne, trochę nieśmiałe wargi, sympatyczny nosek, ciemne, piwne oczy i krótko przystrzyżone, farbowane na bordo włosy. Na prawym policzku miała mały, seksowny pieprzyk. Naprawdę była piękna. Czegoś jednak jej teraz brakowało, jednej rzeczy. Od razu to dostrzegł. Brakowało uśmiechu na jej ustach. Nie uśmiechała się, co go smuciło, ponieważ gdy się śmiała, była cudowna, była boginią. Jego boginią.
Lecz nie teraz. Teraz była... Właśnie, kim? Nie wiedział, nie był pewien. Czy nadal była tą samą dziewczyną? Tak, na pewno tak. Pytanie powinno raczej brzmieć: czy dla niego nadal była tą samą dziewczyną? I czy on dla niej...
Coś pchnęło go wyrywając tym samym z zamętu rozmyślań. Najwyraźniej musiał na chwilę odpłynąć, bo obecnie ze zdezorientowaniem rozglądał się na boki, badając tym samym sytuację. To jedna z tych zafajdanych szumowin, to ona na niego wpadła. Popatrzył na posadzkę: poczerwieniały na mordzie od alkoholu i krwi facet próbował się podnieść, a gdy wreszcie mu się to udało, ruszył chwiejnym krokiem w stronę tego, który pił flaszkę.
Nagle młodzieniec błyskawicznie spojrzał w miejsce, gdzie stała ona. Jego rozgrzane, pulsujące ciało momentalnie ochłonęło a szybki i nierówny oddech powrócił do normy. Wciąż tam stała, jakby niewzruszona. Czy nie wywarło to na niej żadnego wrażenia? Dostrzegł chyba coś... głęboko w jej oczach...
Przerwał ciąg napierających myśli.
Chodźmy – ujął jej dłoń.
Nie odpowiedziała nic, ale nie cofnęła też ręki. Poczuł, że miała chłodne palce. Ścisnął je mocniej.
Nie był pewien, gdzie mają iść. Nogi jakoś tak same poniosły go w kierunku peronu. Szybko zeszli po schodach biegnących w głąb tunelu, skręcili w prawo i wolniejszym już krokiem skierowali się na peron drugi. Czemu wybrał właśnie drugi? Również nie wiedział (wielu rzeczy obecnie nie był pewien), chyba przypadek, traf, co za różnica. A czy nasze całe życie to nie jeden wielki przypadek? To, że jesteśmy tu a nie tam, że robimy to a nie co innego? Że skasowany bilet rzucamy na chodnik a nie do kosza, że jemy kromkę z serem a nie szynką, że ta dziewczyna nam się podoba a druga nie? Że przejeżdżający samochód potrącił właśnie nas, nie pozostałych, tylko nas. Że choroba dotknęła nas a nie ich, wybrała nas... Że to wszystko dzieje się, jak dzieje, nie inaczej, że życie jest jakie jest... Nasze bytowanie to jeden wielki przypadek, że w ogóle jesteśmy na tym świecie.
Uśmiechnął się lekko, prawie niewidocznie, ale co gorsza, uśmiechnął się do siebie, do swoich myśli, nie do niej, która stała tak blisko, której palce trzymał w swoich. Palce. Były cieplejsze, krew żywiej w nich krążyła. Najwyraźniej ogrzał je swą dłonią. Przystanął, ona po chwili także. Spojrzała mu w oczy. Uśmiechnął się. Do niej. Chwila, sekunda, i nic. Wahała się? Ogarnęło go dziwne, nieprzyjemne uczucie, jakiego doznał gdy po raz pierwszy z nią rozmawiał i gdy przez pierwszy okres spotykali się razem. Czyżby teraz byli sobie równie obcy jak wtedy? Jakim sposobem, jak to możliwe? Tyle razem przeszli, przecież była najukochańszą dla niego osobą... Była... Jest?... I będzie...
Znowu się uśmiechnął, tym razem gorzko; i po raz drugi zgrzeszył, śląc ten uśmiech tylko sobie. Na pewno to dojrzała, stali zbyt blisko neonowych reklam rozświetlających ciemność przejścia tunelowego, by mogło umknąć to jej uwadze. Było mu źle, źle w takiej sytuacji. Czuł się głupio i niezręcznie, a co najgorsze zdawał sobie sprawę, iż ona podobnie się czuła. To jego wina, wszystko zrobił źle. Wszystko! Gdyby mógł cofnąć czas, jak to czynili bohaterowie niektórych powieści fantastycznych, gdyby mógł przenieść się w przeszłość. Postąpiłby na pewno inaczej, a dokładniej nie postąpiłby tak, jak parę dni temu.
Dość! Zapanował nad sobą, nad swoimi myślami. Nie może prowadzić wewnętrznych monologów, gdy ona jest w pobliżu i to jeszcze w takiej sytuacji! To musi być dialog. Prawdziwy, szczery dialog dwojga bliskich sobie osób. Jednak myśl o niej, o tym że popsuł cały związek, będący – o ironio – wielkim szczęściem dla niego, dla niej nawiedzała ze zwielokrotnioną siłą jego głowę. Wypełniała ją po brzegi i mimo że próbował, nie mógł się od niej opędzić. I to poczucie winy. Uderzyło weń teraz jak grzmot w rosłe, młode drzewo. Nie wytrzyma, zaraz się rozpłacze, nie da rady. Łzy cisnęły mu się gromadnie pod powieki. Spuścił więc głowę, aby nie widziała i starał się powstrzymać tą przerażającą falę. Nie.
Nie... Nie! Nieee! Nieeeeeeeeeeeeeee!!! Upadł kolanami na chłodną posadzkę. Niech odejdzie jeśli chce, niech nie wraca... Niech to się skończy... To ja, moja... Dyszał ciężko a grube krople rosiły mu czoło. Niech nic nie istnieje i świat się rozpadnie. Niech stanie się niebyt. Załkał głośno, jak skruszony złoczyńca, któremu udowodniono winy.
I wtedy poczuł dłoń na głowie. Zatopiła się w czarnej gęstwinie jego włosów, a on powoli przestawał płakać. Wydał z siebie jeszcze kilka zduszonych odgłosów i uniósł do góry mokre oczy. Obok kucała jego dziewczyna. Miała zatroskany wyraz twarz, ręką przeczesywała mu grzywkę. Jednak została...
Piotrek – głos miała niepewny – co ty? – Wiedziała dobrze, o co chodzi. – Wstawaj – złapała go za rękę i powstała.
Był sparaliżowany, ale tylko chwilę. I gdyby właśnie w tym momencie przechodził z aparatem ktoś trzeci, miałby niebywałą okazję pstryknięcia najlepszej foty w swoim życiu. Młody, korzący się chłopak z ręką uniesioną ku górze, gdzie stoi ona – śliczna dziewczyna z ramieniem łagodnie wyciągniętym do niego.
Mart-to... Ja... – Głos mu się łamał. – Marto... – Wyszeptał.
Cicho. – Zakryła dłonią jego usta. – Piotrek, proszę cię. Nie rań mnie, to boli. Nie chce na to patrzeć. Myślałam, że...
Wybacz mi – przylgnął do niej – przepraszam. Nie chciałem, wierz mi. Kocham cię. – Objął ją w pasie i zbliżył niebezpiecznie wargi w stronę jej ust.
...że porozmawiamy i zakończymy wszystko szybko i... – zabrakło jej odpowiedniego słowa – bez zgrzytów. – Cofnęła się i wyszła z jego objęć.
Jak to, zakończymy wszystko szybko i bez zgrzytów? – Tego się obawiał, był przerażony. Wargi drgały mu nerwowo.
A co ty myślałeś! – wybuchła (a miała prawo) – że będzie tak jak dawniej, jakby nic się nie stało?!... Piotrek – złagodniała widząc jego bezradną minę – chodź. Usiądźmy gdzieś i porozmawiajmy na spokojnie.
Dobrze.
Jakby od niechcenia ruszyli w górę po schodach. Już nie trzymał jej dłoni, bał się ją ująć. Po krótkiej wspinaczce znaleźli się na szczycie. Peron drugi. Nikogo prócz nich samych. Na lewo tor pierwszy, na prawo drugi.
Mrok zaległ gęsto dokoła sprawiając, że sylwetki dwojga ludzi wyglądały niewyraźnie, niczym ciemne rozmyte widma, które przybyły nawiedzać to miejsce.
Marta podeszła do ławki i usiadła. On poszedł w jej ślady – spoczął tuż obok. Przez dłuższą chwilę siedzieli w milczeniu. Milczenie, cóż jest w milczeniu... Czy to prawda, jak powiadają, że mowa jest srebrem a milczenie złotem? Jedna strona nic nie mówi, druga nic; czemu? Czemu? Bo nie mają sobie nic do powiedzenia, bo się nie lubią, bo są sobie wrogiem?... Nie jestem ci wrogiem, Marto, lecz przyjacielem, twą bratnią duszą, a ty moją. Ja jestem... twoją... miłością... Kocham cię, kocham cię, kocham cię...
Kocham cię! – Krzyknął, przerywając tym samym jako pierwszy ciszę.
Wypowiedziane słowa zaskoczyły go równie mocno – a może nawet i bardziej – jak ją.
Jesteś fałszywy, jej też to mówiłeś?! – Ozwała się po kilku sekundach.
Ale ja cię naprawdę kocham. Tylko ciebie i nikogo innego. I tylko z tobą chcę być. Wiesz o tym... – Ratował sytuację jak mógł, ale mówił prawdę. Już nigdy jej nie okłamie.
Po co my się tutaj spotkaliśmy? – zapytała z wyrzutem w głosie.
Czyżby ją przekonał, czyżby nadal go kochała? Kocha go, na pewno. Nie chce mu przebaczyć, ale kocha. A czy on by przebaczył? Nie wiedział, ale chyba nie. Nie był taki jak ona. Gdyby dowiedział się, że zdradziła go z innym facetem będąc równocześnie z nim, mówiąc mu do ucha wszystkie te słowa, całując w usta – rzuciłby ją, nie zdzierżyłby. A ona, jak ona musiała się czuć? Dziwne, ale podzielał jej ból. Doświadczał go tym mocniej, że cierpiała przez niego. To on był sprawcą złego. On, który pragnął jej szczęścia, który zawsze stanąłby w jej obronie. Który czuł rozsadzającą radość, gdy była w pobliżu, który uwielbiał ją całować, głaskać. Ten sam człowiek, którego i ona darzyła uczuciem, którego pragnęła.
Co go skusiło, co takiego miała w sobie tamta dziewczyna? Nic. Prawda, była ładna, ale czy to coś zmienia? Nic. Nie kochał jej, pożądał wtedy, ale nie kochał. Nie pociągało go w niej nic prócz ciała. I tylko to stało się jego zgubą – ciało. Wszyscy mamy ciało, jedni piękniejsze, inni brzydsze. A czy to jest sprawiedliwe?, dlaczego na przykład ta sympatyczna dziewczyna nazywana jest przez koleżanki świnią?... Nie jest sprawiedliwe, a nazywają ją tak wredne przyjaciółki tylko dlatego, że jest grubsza i nie ma pięknej twarzy. Dlaczego inne niezbyt atrakcyjne dziewczęta są wyśmiewane i obrażane? Dlaczego?... Jacy my wszyscy jesteśmy małostkowi. Tak dużą rolę przywiązujemy do wyglądu, że staje się on najważniejszym elementem charakteryzującym człowieka. Gruba, brzydka – nie chcemy jej znać. Szczupła w talii, o długich nogach, z ładną twarzą – na taką od razu mamy ochotę. Dlaczego i on taki jest, dlaczego nie może się wyzwolić? Jest słaby? Chyba tak. Jest słaby. To dlatego ją zdradził. Ale jak mógł? Postąpić tak podle, w sposób pasujący do pieprzonych chamów, których pełno w tych czasach; stał się jednym z nich... Nie, nie stał się. Wciąż jest sobą. To była chwila słabości. Jeden drobny impuls, któremu się poddał i który zrujnował jego szczęście. Jest człowiekiem, jak najbardziej. Też cierpi, też popełnia błędy. A czy za ten teraz musi tak srogo płacić? Musi? Czy musi??? Padł na kolana, chwytając jej dłonie i przyciskając czoło do jej łona:
Wybacz mi. Proszę cię. Wiem, że zraniłem cię niewyobrażalnie, że popełniłem okrutną zbrodnię przeciw tobie... I nie wiem dlaczego, właściwie to nie wiem czemu... Nie chciałem tego, wierz mi, naprawdę nie chciałem... przecież mam ciebie... miał-łem... – głos mu się załamał wypowiadając to słowo – Wiem, że nie zasługuję na ciebie, ale... jesteś wszystkim, co mam... Miałem – wyszeptał żałośnie ostatni wyraz.
Pochyliła się i oswobodziwszy ręce objęła jego głowę. Wtuliła w nią swój nos, głęboko wdychając zapach jego mokrych włosów. Przymknęła powieki i uśmiechnęła się łagodnie a zarazem gorzko. Często zmaczał włosy zwykłą wodą; lubiła to. Trwali tak upajając się chwilą, aż w końcu bańka mydlana pękła.
To koniec – powiedziała miękkim, aksamitnym głosem.
Targnęło nim, ale wtulony był w nią nadal. Paradoksalnie z tej bliskości czerpał teraz siłę i tylko to pozwoliło mu nie wybuchnąć po raz kolejny spazmatycznym szlochem.
Czy tak chcesz? – Rzekł powoli beznamiętnym tonem.
Nie, nie chcę tego, ale to ty tak chciałeś, a raczej nie chciałeś, jak sam mówiłeś, ale doprowadziłeś do tego.
I nic już...
Nic.
Westchnął. Nic mu nie pozostało, tylko żal i cierpienie. Nie przekonał jej i już nie przekona. Jednak ona też nie może wybaczyć – znowu się uśmiechnął niedbale – tak jak i on by nie wybaczył. Chyba było im za dobrze, zbyt byli z sobą zżyci, by coś takiego puścić płazem. Może gdyby go tak nie kochała, gdyby nie była z nim szczęśliwa – wybaczyłaby. Ale nie, im było dobrze. A najbardziej boli cios zadany przez osobę najbliższą. To chyba dobrze o nich świadczy, o tym jak mocno się kochali. Świadczy też o tym, że nigdy nie można być spokojnym o swój los, i że największa nawet radość może w bardzo krótkim czasie zostać zniszczona, rozniesiona w gruz i pozostanie po niej tylko pył – wspomnienie.
Obruszył się, powolnym ruchem dźwignął na nogi i przez moment ich oczy znalazły się w jednej linii. Wiedzieli już oboje, że to koniec. Smutny, pełen bólu. Lepiej by było, gdyby załatwili to telefonicznie. Wtedy jednak nie miałby możliwości przekonania jej, aby od niego nie odchodziła. Przynajmniej próbował, walczył, starał się. Cóż, drugiej szansy nie dostał.
To będę chyba szła... – Powstała naprzeciw niego.
Marto – przerwał jej.
Drgnęła niespokojnie, jak gdyby wciąż nie wszystko zostało dopowiedziane i rozwiązane.
- Tak? – Spytała.
Mogę pocałować cię ten ostatni raz? – głos miał zwyczajny, spokojny.
Wahała się wyraźnie. Wreszcie odrzekła:
Zgoda.
Dzięki...
Zbliżyli się. Czuł gorycz a w tym kroplę radości. Złapał ją w pasie i przycisnął delikatnie do siebie. W odpowiedzi przejechała rękoma po jego ramionach – czarna jak asfalt „skóra” zachrzęściła przyjemnie pod naciskiem jej drobnych palców – i szyi, mierzwiąc gęstą czuprynę. Złączyli swe usta po raz ostatni w życiu. Kolory, zapachy, wspomnienia uderzyły do głowy napełniając ją błogim upojeniem. Prawą ręką masował jej plecy, lewą trzymał zatopioną w bordowych włosach, a głową kręcił gwałtownie na boki, zmieniając tym samym kierunek i długość pocałunków. Jednym razem tylko muskał jej rozchylonych warg, innym zaś lizał językiem jej język, szyję, policzki i uszy. Stali się jednością, jak kiedyś, lecz tym razem trwało to krótko. Za krótko.
Z daleka zdawało się, że widma dwojga kochanków złączyły się ponownie po wieloletniej rozłące, by już na zawsze być razem.
Ostatni pocałunek spłynął na jej usta taki, jaki powinien być – nie trwający za długo i nie za krótko, namiętny i nie pozbawiony czułości; pożegnalny. Oboje odchylili z wolna głowy i opuścili ręce. Stali przez chwilę wypełnieni uczuciem wygasającej rozkoszy.
Odprowadzę cię do domu. – Zaproponował.
Nie, pójdę sama. Tak będzie lepiej.
To chociaż do przystanku. Jest późno.
Dobrze – kiwnęła głową na znak akceptacji.
Zrobiło mu się lżej na duszy. Wprawdzie rozstanie pozostawało nadal rozstaniem – tego nic nie zmieni – lecz atmosfera ostatnich chwil podniosła go na duchu; ją pewnie też. I choć wewnątrz serca nie godził się z jej odejściem, to nie czuł się już tak okropnie.
Na przystanku stało trzech chłopaków i prawdopodobnie jakieś małżeństwo. No i oni. Na uboczu. Piotr chciał coś jeszcze powiedzieć, nie wiedział jednak co; co jeszcze mógł do niej rzec? Chyba nic. Zaraz ona odjedzie, a on zostanie tu sam. Kiepska perspektywa. Takie życie.
Na zakręcie wśród mglistych kolorów ulicy pojawił się autobus. To był jej autobus. Pojazd zwolnił, podjechał w prawo i przystanął. Troje drzwi otworzyło się z sykiem na oścież.
Na pewno nie chcesz bym z tobą jechał? – Zlustrował szybko wnętrze i dostrzegł w środku kilku niezbyt miło wyglądających facetów.
Na pewno – raźnie wskoczyła na stopień.
Powodzenia! – Krzyknął dotykając czubkami palców brudnej szyby autobusu.
Odwróciła się i popatrzyła na niego po raz ostatni w życiu tylko przez sekundę czy dwie, nim szary od kurzu pojazd zabrał ją w odmęty miasta.
Stał przez jakiś czas wpatrzony w kierunku, w którym odjechała. Zerknął na zegarek, było po jedenastej.
No tak – wymamrotał. – Co teraz?
I ruszył przez środek ulicy na drugą stronę.
Dotarł do całodobowego. Minął kilku żuli, przestąpił próg i stanął przed kasą:
Proszę pół litra i... albo nie, zero siedem i litr soku w kartonie.
Jaki ma być alkohol?
Może być Bols.
A sok?
Nie wiem, niech pani sama wybierze.
Młoda ekspedientka zanuciła coś pod nosem, zakręciła się między półkami i już była z powrotem. Spojrzał na leżący przed nim sok – wzięła dla niego Garden 50% gratis.
Szykuje się jakaś impreza? – Spytała podliczając cenę i uśmiechnęła się znacząco.
Tak. Dla jednej osoby.
Zaskoczyła ją chyba trochę ta odpowiedź, bo podała tylko cenę (a zresztą co miała powiedzieć?, co ją to wszystko obchodziło?). Zapłacił i wyszedł.
Na zewnątrz przystanął, odetchnął głęboko i skierował swe kroki do parku. Miasto pozostawało jakby uśpione, niewiele osób poruszało się o tak późnej porze, tym bardziej samotnie. Nocą ulice nie należały do bezpiecznych. Blokersi wystawali przed klatkami i wysiadywali na ławkach, a chuligani tylko szukali zaczepki. Nocą miasto tętniło własnym, parszywym życiem, jakże odmiennym od tego za dnia. Chociaż obecnie granica ta stawała się coraz bardziej płynna, kontury dwóch światów niebezpiecznie zlewały się na brzegach tworząc jedną całość – nocne życie stawało się tym dziennym.
Przebiegł przez jezdnię i znalazł się na obrzeżach parku. Przed sobą dostrzegł pięciu wybujanych młodych w szerokich spodniach oraz bawełnianych bluzach. Szli na wprost niego, klnąc głośno i jarając coś. Młodzi gniewni – przeszło mu przez myśl – nadęci skurwiele czujący się silnie tylko w grupie, jak zwierzęta. Cyniczny uśmieszek wykręcił mu usta; objął wzrokiem całą bandę. Szedł z wyprostowaną głową, spozierając na nich, a oni na niego. Zachowywali się agresywnie, a im bliżej byli niego, tym natarczywiej rzucali wulgaryzmami. Wszystko po to, aby go nastraszyć, by pokazać kto jest górą. Ale on nie raz był sam, a jeszcze teraz, gdy odeszła Marta... Nie bał się. Niósł raźnie w jednej ręce flaszkę a w drugiej sok. Cztery metry. Dojrzał ich oczy, byli pewni, byli w pięciu. Ten idący pośrodku podskoczył z ochrypłym wrzaskiem:
I wpierdol dostał skurwysyn wtedy! Nie spodziewał się nawet! Zajebałem mu w mordę, a gdy chuj upadł to skopałem! – mówił niczym w narkotycznym transie (może za dużo wypalił tego czegoś, co jarał nadal) – Pojeb jeden!!! – Zakończył i zmierzył się spojrzeniem z przechodzącym obok chłopakiem, podczas gdy pozostali to się śmiali, to również patrzyli złowrogo na obcego.
Oboje wytrzymali, żaden nie spuścił wzroku, choć Piotr bliski był tego. Minęli się bez spięć.
Doszedł nad zalew i przysiadł na najbliższej ławce. Było pusto, dopiero gdzieś w oddali dostrzegał jakieś postacie. Odsapnął. To pijemy za twoje i moje szczęście kochana; bardziej jednak za twoje. Odkręcił nakrętkę i wyjął dozownik – przecież nie będzie pił kropelkami. W końcu przyszedł tu po to, żeby się uchlać. W samotności. Otworzył też sok. Pierwszy łyk – za przeszłość. Przystawił szyjkę do ust i energicznie odchylił głowę w tył. Pił łapczywie, aż wreszcie nie mógł dłużej wytrzymać i parsknął odstawiwszy na bok butelkę. Złapał przepoja i pociągnął haust jabłkowego soku, ale zrobił to za szybko – zawartość kartonu wylała mu się na brodę i pociekła po t-shircie. Zakrztusił się, splunął i wytarł rękawem usta. Po co się śpieszyć, masz całą noc. Caluteńka noc na to, by spić się do nieprzytomności.
Marta lekkim krokiem wysiadła z autobusu. Jej blok znajdował się niedaleko przystanku, toteż przemknęła kilkadziesiąt metrów i już była w klatce – szarej, obdrapanej klatce. Dzisiaj nikt w niej nie stał. Wbiegła po schodach na pierwsze piętro zapalając przy okazji światło i uderzyła kciukiem w dzwonek. Była w domu.
Marto ma, nie kochasz mnie już, a to takie straszne... bardzo straszne, bo ja cię kocham i kochać cię nie przestanę. Ty mnie porzucasz jak zbitego kundla a ja ciągnę do ciebie... Nieee. Zapomniałem. To moja wina. Kawał skurwiela ze mnie... Ta, taaa... pfffff... Przetarł dłonią zmęczone, senne oczy. Obok ławki stała opróżniona do połowy butelka Bolsa, nieco dalej leżał częściowo rozlany karton soku.
Zaczął krążyć bezcelowo wzrokiem, aż wreszcie zatrzymał się na tafli wody. Zapatrzył się na żółte refleksy lamp rzucane na łagodną powierzchnię zalewu. Złociste kolory wprawiły go w melancholię i ból po stracie ukochanej osoby silniej się w nim odezwał. Łzy spłynęły mu po policzkach i by zagłuszyć cierpienie sięgnął po butelkę. Jestem jak te mendy zapite... Łkając gorzko wychylał równie gorzki trunek.
Ej, stary...
Usłyszał coś, czy też mu się zdawało? Odstawił alkohol.
Ej, stary, co jest? Samemu pijesz?
Nie przesłyszał się. Dwóch na oko trochę starszych i większych od niego chłopaków stało naprzeciw.
Co? – Bąknął.
Masz pożyczyć dwie dychy?, napijemy się razem.
Siedział przez moment jakby nie dosłyszał albo nie zrozumiał pytania.
Nie – rzekł wreszcie.
Jak to?, a wódkę to skąd masz?!
Spieprzajcie.
Co ty zjebie powiedziałeś?! Dawaj go!
Doskoczyli szybko we dwóch. Szamotał się, lecz łatwo dali radę go obezwładnić. Stał teraz na ścieżce koło ławki, jeden z nich przytrzymywał go od tyłu za ręce. Ze spuszczoną głową, wyzuty z sił, powiódł mętnymi oczyma po chodniku. W wyniku starcia ucierpiała wódka; wylana butelka spoczywała dwa metry dalej od Gardena.
Ty chuju!...
Dotarło do niego, że jest bity. Zakręciło mu się w głowie. Wpierw odejście Marty, potem alkohol, teraz ciosy... Za dużo jak na jeden dzień na jego łeb. Bryznęła krew z rozciętej wargi. Słony, ciepły smak wypełnił mu usta. Wyczekał dogodny moment i plunął papką posoki i śliny w prześladowcę na wprost. Plwocina dosięgnęła twarzy tamtego i jeszcze bardziej go rozsierdziła. Grad pięści zalał twarz Piotrka, kierując się następnie w okolice żołądka. Posiniały z nagła chłopak zacharczał i z trudem złapał powietrze. Całą twarz miał nabrzmiałą krwią.
Ty, czekaj – ozwał się ten z tyłu. – On mi wisi w rękach.
To go rzuć. – Padła szybka odpowiedź.
Michał nie zdążył jednak w żaden sposób zareagować, bo stała się rzecz niebywała. Piotr odżył. Uniósł prawą nogę i kopnął piętą najsilniej jak mógł w jądra stojącego za nim chłopaka. Trafił, bo tamten zajęczał i zwolnił uścisk. Piotrek odskoczył w bok i szybkim ruchem dłoni przetarł umazane krwią oczy. Nic to nie pomogło. Obraz nadal był rozmazany i kręcił się na wszystkie strony. Wzrokiem odnalazł drugiego napastnika. Znajdował się kilka metrów na prawo. Dostrzegł błysk stali w jego ręce. Koleś miał wyjęty nóż. Jednak otępiały mózg Piotra opatrznie odczytał zagrożenie lub w ogóle go nie przyjął. Zamiast ratować się ucieczką, on postanowił zostać i stawić czoła niebezpieczeństwu. Był odurzony, nieskładne myśli wędrowały przez jego głowę i natychmiast ginęły w gąszczu nowych. Nie mógł się skupić. Zachwiał się do przodu i w tył, ale ustał na nogach.
Rafała trawiła chęć zemsty. To ten zdychający, pijany skurwysyn tak załatwił Michała! O chuj! Musi, kurwa, zapłacić! Nie będzie się im przeciwstawiał. Kurwa jest sama, załatwi go! Chuj pewnie musi być kurewsko dobry... Ale on ma przewagę. I wykorzysta ją.
Runął z impetem na przeciwnika, wystawiając do przodu ramię ze scyzorykiem. Natrafił na opór. Półprzytomny Piotrek przez cały czas stał w miejscu. Nagle poczuł bolesne ukłucie w okolicy brzucha. Zziajany napastnik był przy nim i dyszał mu prosto w twarz. Obydwaj powoli powiedli oczyma w dół: po ręce Rafała ciekły strużki krwi a trzymany przez niego przedmiot prawie w całości zagłębiał się w tułowiu Piotra. I w tym samym momencie powoli unieśli głowy. Napotkali swe głębokie acz beznamiętne spojrzenia. Rafał zrobił krok w tył i brutalnie wyszarpnął ostrze. Z odemkniętej rany bryzgnęła obficie brunatna posoka. Pod rannym ugięły się kolana i upadł. Michał akurat zdążył częściowo dojść do siebie, bo pokuśtykał w stronę kumpla:
Gdzie ten sukinsyn?! – Wychrypiał cienko. – Zabiję chuja, zabiję... – wysapał.
Ja to już zrobiłem – uśmiechnął się głupkowato.
Co?
Zabiłem chuja... Znaczy, chyba jeszcze dycha.
O kurwa!... Poważnie?! – Nie mógł uwierzyć.
Na dowód tego Rafał pokazał skrwawiony nóż.
Te, to kurwa, psy tu zara będą! Spierdalajmy!
Już mieli biec, gdy oprawca zreflektował się:
Czekaj!
Co jest?!
Nie sprawdziliśmy, czy ma te dwie dychy.
Tylko, kurwa, szybko – Michał pojękując, z wciąż obolałymi jądrami, zszedł ze ścieżki i skierował się między drzewa. Jakby przyszło co do czego, to uciekać w takim stanie nie da rady.
Rafał nachylił się nad chłopakiem i wprawnymi ruchami palców jął przeczesywać zakamarki kieszeni. Miał rację – ofiara żyła, bo postękiwała przy tych czynnościach i nieznacznie poruszała członkami. Nie przejmował się tym. Jest, dycha i drobniaki, bilet ulgowy – też się przyda, zapalniczka... Kurwa, same gówna! Przejechał dłonią po czarnej „skórze” (nawet nie wiedział, że to prawdziwa skóra) i wymacał niewielkie uwypuklenie. Szarpnął, zraniony człowiek jęknął w odpowiedzi. Komóra! Zaśmiał się w myślach. Będzie forsa. Wziął telefon i już miał odejść, gdy znów coś go tchnęło. Rozkraczył się nad dogorywającym:
Warto było, skurwysynu?, warto było? Trzeba było się stawiać? To zdychaj teraz skurwielu! – i splunął mu w twarz.
Pobiegł śladem Michała w czerń rosnących wokoło chaszczy. Ponownie było cicho i spokojnie, jak przed kilkunastu minutami, jakby nic się nie stało. A obok zrytej napisami ławki, pustego kartonu soku i rozlanej wódki konał Piotr.
Czuł ciepło wypływające z środka, od pępka – co w łonie matki przy życiu go trzymał. Teraz ten sam pępek brał udział w jego agonii. I tak jak wtedy życie wpływało przezeń do jego kruchego organizmu, tak teraz wypływało na zewnątrz z zawrotną prędkością. Z każdą sekundą czuł się słabszy. Próbował zatamować krwawienie, lecz nie ustawało. Posoka przeciekała mu przez palce, wsiąkała w koszulę, spodnie, mazała kurtkę i asfalt. Nie miał siły walczyć, był zmęczony. Nie chciał walczyć! Nie miał powodów do walki... Marta? Ona? Przecież go zostawiła, nie kocha go. Ale on ją kocha. Czy to nie jest wystarczający powód do życia? Ma rodzinę, co się z nimi stanie po jego śmierci?, ojciec, matka? Nie chciał by cierpieli, nie chciał przyczynić się do tego swym odejściem. Starczy, dość cierpienia, już i tak wiele zła uczynił.
Drgnął żywiej, przekręcił się na bok. Upaprana na czerwono ręką tapnęła o chodnik. Potem lewa. Prawa się tymczasem odbiła, zostawiając mokry ślad za sobą i uderzyła parę centymetrów dalej. Lewa. Prawa. Lewa... Począł się czołgać w kierunku ławki. Zrobił krótką przerwę a potem znowu ruszył. Odpoczynków wykonał jeszcze pięć nim dopadł ławki. Ścisnął palcami deski i odwrócił głowę. Od miejsca kaźni aż dotąd malował się na czarnym tle bezładny, czerwony pas znaczący drogę jego przebytej męki, niczym tłum odprowadzający Chrystusa na Golgotę. Jezus doszedł do celu, do krzyża. Piotrek przymknął powieki. Czy jego krzyżem będzie ta ławka? Czy tak mu przeznaczone? Taki koniec? Niech będzie, co ma być... Jeszcze tylko jeden zryw, jeden wysiłek. Wołanie o pomoc w miejskiej dżungli. Musi zebrać siły, musi odpocząć. Oparł czoło na ławie i oddychał głęboko. Całe ciało pulsowało miarowym bólem, którego ogniskami były twarz i żołądek. Był coraz słabszy, coraz bardziej słabiuteńki; wracał do łona matki, swej prawdziwej matki – natury. Pomimo gorąca trawiącego policzki oraz brzuch, jego stopy i dłonie ogarniał przejmujący chłód. Wiedział, iż ulatuje z niego życie, iż umiera. Tu i teraz.
Już dostatecznie długo czekał. Poderwał głowę i ochryple zakrzyczał:
Pomocy! Ludzie! Pomocyyy!!! Ludzie! Niech mi ktoś pomoże! – spazm bólu wstrząsnął nim i musiał przerwać. Zrobił dwa głębsze wdechy – pomo..! – i zaraz urwał.
Opadł bezwładnie na chodnik i trwał u nóg ławy.
Marto, Marto. Z napuchniętych oczu popłynęły łzy. Jak ja cię kocham.
Marta kładła się właśnie spać. Wskoczyła do łóżka i ułożyła się wygodnie. Słuchała muzyki płynącej z wieży i rozmyślała o minionym wieczorze. Nie wiedzieć czemu, czuła żal w sercu. Przed oczyma miała skruszonego Piotrka, którego szczerze kochała i który ją chyba także prawdziwie kochał. Kochał. Była pewna, widziała jak na nią patrzył. Ten smutek, ta rozpacz w jego spojrzeniu. Był dobrym chłopakiem. Tylko gdyby tego nie zrobił, gdyby... Może powinna porozmawiać na ten temat z mamą. Może ona coś poradzi. Zaraz jednak odrzuciła tą myśl. Mama pewnie powie, że chłopak jej nie szanował i że dobrze zrobiła zrywając z nim. Mama nie znała Piotrka nawet w połowie tak, jak ona. Nie wiedziała o nim prawie nic. On nie był taki. Czy aby nie była w stosunku do niego zbyt chłodna, za obojętna? Przecież poruszył jej serce, dobrze o tym wiedziała. Chciała z nim być, chciała mu przebaczyć, a z drugiej strony nie mogła. Sama nie była już niczego pewna. Czy powinna dać mu drugą szansę? Czy na nią zasługuje? Ale przecież Piotr nie miał żadnej dziewczyny przed nią, ona była pierwsza. A ona przeciwnie – już kiedyś była z chłopakiem, miała wcześniej innego, jak dawno się jej to teraz wydało. I żałowała, że z nim chodziła, że ten pierwszy raz właśnie z nim, bo nie była z nim szczęśliwa, a na pewno nie tak, jak z Piotrkiem. Czy to więc choć po części go nie usprawiedliwia? Piotr był inny niż większość mężczyzn, brakowało jej słów, by go dogłębniej opisać a spotykali się już kawałek. I straciła go. Na zawsze?... Przymknęła powieki... Jeśli naprawdę go kocha – powinna mu wybaczyć. A kocha go... I wybaczy. Ścisnęło jej serce. Może nie od razu zapomni, ale z czasem... Cieszyła się. Już teraz nie mogła się doczekać spotkania z nim. Powie mu co czuje i myśli, tak jak on to zrobił na dworcu. Uśmiechnęła się do siebie – znowu nie zaśnie w nocy; przez niego, przez jej chłopca. Wystrzeliła z łóżka jak kamień z procy i złapała za komórkę. Musi, po prostu musi do niego zadzwonić. Czeka. Podekscytowana, pełna obaw i nadziei. Odebrał!
Piotrek? Piotrek, to ja. Chciałam zadzwonić i...
Rozłączył się. Dziwne. Z wyrzutem spojrzała na telefon, jakby to on zawinił, jakby to przez niego Piotr się wyłączył. A może to przez nią, nie chce z nią rozmawiać, słyszeć jej głosu? Może trawi go teraz uczucie pustki a nawet niechęci do niej? Załamał się?... Przeszły ją ciarki po karku. Pojedyncza łza spłynęła z prawego oka i rozpłynęła się w kąciku ust. Koniecznie z nim musi jutro porozmawiać. To znaczy dziś, zaraz jak zacznie świtać. Z poczuciem winy kładła się spać, przykrywając gołe nogi kolorową kołdrą.
Piotrusiu... – Szepnęła, mocniej przytulając się do poduszki.
Marto – rzekł w myślach. I uniósł w górę prawe ramię, jakby po raz ostatni chciał dotknąć jej twarzy. I zrobił to! Choć jej tam nie było. To omamy, zwidy powodowane alkoholem i utratą znacznej ilości krwi. Jak przez mgłę widział oblicze swej dziewczyny. Była z nim. W jego ostatniej godzinie. Klęczała nad nim. Musnął palcami jej policzka. Zaśmiała się beztrosko i ulizała mu językiem palec wskazujący. Też chciał się zaśmiać, ale nie mógł, organizm odmówił mu tego prawa.
Pragnę cię. A ty mnie... Bądź przy mnie już na zawsze.
Jesteś przy mnie. Nie zasługuję na to, ale ty tu jesteś. Wybacz, nie chciałem cię skrzywdzić. Przepraszam... Za wszystko... Za to, że już nic nie naprawię.
Piotr...
Marto... – Bezdźwięcznie poruszył wargami.
... Kocham...
... cię...
... i...
... zawsze...
... będę...
... kochał(a).
Po tych słowach zasnęła snem niespokojnym a on wiecznym.
Zwłoki Piotra zauważył trzydziestoletni mężczyzna wracający koło godziny piątej nad ranem z imienin koleżanki. Natychmiast powiadomił policję i pogotowie. Przybyły na miejsce lekarz stwierdził zgon na skutek wykrwawienia. Funkcjonariusze zabezpieczyli teren zbrodni, jednak nie znaleźli przy ofierze żadnych dokumentów potwierdzających jej tożsamość, toteż ciało pozostało niezidentyfikowane. Do czasu.
Na drugi dzień rodzice Piotra zgłosili zaginięcie syna. Na komisariacie zatrzymano ich jednak dłużej, niż się tego spodziewali. Pokazano im zdjęcia niedawno zamordowanego chłopaka. Rozpoznali na nich Piotra.
A ona? Ona, gdy się o tym dowiedziała, przeżyła szok.
„(...) nie na krześle nie we śnie nie w spokoju i nie w dzień
nie chcę łatwo i za sto lat chciałbym umrzeć z miłości
nie bez bólu i nie w domu nie chcę szybko
i nie chcę młodo
nie szczęśliwie i wśród bliskich chciałbym umrzeć
przy tobie”