Kupiec Brimba


Kupiec Andre Brimba, jak zawsze co drugiej nocy, wracał z wystawnego przyjęcia u lorda Garbusa. Lord ów posiadał pokaźny majątek, a nie wszystkie jego dochody pochodziły z legalnego źródła. Brimba nigdy nie brał na uczty ochroniarzy – tylko by przeszkadzali – tym bardziej, że dzielnica Ostarhan zamieszkiwana przez bogate mieszczaństwo, kupców, szlachtę i arystokrację była najbezpieczniejszą w mieście. Mijając zamożne domostwa – niektóre wręcz pałace – w większości posiadające ogrodzone dziedzińce, słyszał chrapliwe ujadania wielkich ogarów. Choć wiedział, że pręty są mocne, a żywopłoty gęste, to mimo wszystko nie czuł się zbyt pewnie. Przyspieszył więc kroku, by rychlej znaleźć się w siedzibie swego bliskiego przyjaciela, Jarela Krohla, u którego mieszkał podczas pobytu w Unduar – mieście położonym nad środkowym Stirem. Posiadłość Krohla, bogatego mieszczanina, który miał z Garbusem jakieś zatargi, znajdowała się na drugim końcu Ostarhan, więc Andre Brimba miał jeszcze spory odcinek drogi do przebycia. Dzielnica była dość dobrze oświetlona a on bawił w Unduar już kilka tygodni, choć w zamierzeniu miały to być dni, i trasą: lord Herman von Garbus – Jarel Krohl chadzał nader często, toteż nawet nie całkiem trzeźwy umysł nie mógł go zmylić. Taaa, teraz na rogu w prawo... Oops! O mało, abym się nie przewrócił... Ooo, to tu mieszka nasz zacny kupiec Bechoven o świńskim ryju, wraz ze swoją zacną maciorą. Jeszcze tylko prosiąt im brak. Rozdziawił wargi w złośliwym uśmiechu i mimowolnie beknął. Sądził, iż nie jest obserwowany, więc nie przejmował się manierami. Odkaszlnął, splunął i ruszył dalej.

Po krótkim czasie z nocnych hałasów wyłowił dwa, czy trzy, które stawały się coraz donośniejsze. Przystanął i nasłuchiwał. Odgłos końskich kopyt stukających o bruk i turkot kół mieszały się z pokrzykiwaniami. Odwrócił się i dojrzał szaleńczo mknący powóz, zaprzężony w cztery okazałe bułanki. Nakrycia koni furkotały na wietrze. Andre cofnął się instynktownie. Siedzący trwożliwie na koźle woźnica uderzał batem ile wlezie w końskie zady.

Konie przemknęły, stangret strzelił biczem jeszcze mocniej a twarz Brimby ochlapały jakieś krople. W pędzącej karecie dostrzegł nagiego mężczyznę z jedną ręką wychyloną przez okno i tak samo odzianą kobietę, siedzącą na nim okrakiem. Wszystko to trwało zaledwie moment, po chwili odgłos zwierzęcych kopyt, terkoczących kół i pojękiwania ludzkie zaczęły się oddalać. Brimba otarł ręką twarz i ujrzał na niej krew. Wytarł palce o koszulę i podjął przerwaną drogę.

Głupie zwierzęta – myślał. Głupie, bezrozumne, zwierzęta. Jak tak mogą? Był rozeźlony nie tyle na kobietę, co na mężczyznę, ponieważ w głębi duszy... zazdrościł mu. I to bardzo. Też by tak chciał; mieć na sobie kobietę w pędzącej karecie, czuć powiew wiatru, jej włosy na policzkach, jej ciało na swoim. Cholernie zazdrościł temu komuś. Szedł smętnie ze spuszczoną głową, a gniew powoli wygasał. Pozostało tylko jedno: pożądanie. Nie mógł się oprzeć temu pragnieniu. W myślach miał obraz nagiej dziewczyny, wyobrażał sobie, że to on uprawia z nią miłość. Rozmarzył się...

Uniósł głowę i szybciutko powiódł oczyma dokoła. Aa, to patrol straży – zdziwił się sam sobie, że dopiero teraz zauważył porządkowych. No, trzeba się jakoś zachować. Wyprostował plecy, spojrzał dumnie, lecz uprzejmie i odrzekł:

Sierżant, jak można by wnioskować po mundurze, odpowiedział podobnym ułożeniem ust, a prócz tego dodał:

Kupiec także ich pozdrowił i patrzył, jak odchodzą. Gdy zniknęli sam ruszył. Zastanawiał się ile jeszcze spotkań go czeka nim dotrze do Krohla. Jedno miał już zaplanowane. Uśmiechnął się do swych myśli. Ciekawie by to wyglądało, gdyby strażnicy odprowadzili go pod burdel „Czerwone kwiaty”. Może sami skorzystaliby z tamtejszych usług. Może nawet i tak robią? W końcu należy im się spoczynek po tym całonocnym łażeniu. Niekoniecznie w rękach brzydkiej żony. Andre coś o tym wiedział. Sam przecież posiadał niepiękną, tłustą i głupią (gorzej być chyba nie mogło). Ale bogatą. Wiele razy ją zdradzał; korzystał z miejskich dziwek równie często, co z chłopek. Warunek musiał być tylko jeden: miały stanowić fizyczne przeciwieństwo jego żony. Zgrabne w talii i co najmniej średniej urody. Wyjazdy w interesach – takie jak ten – stanowiły dla niego nie lada gratkę. Lubił kobiety, lubił ich fizyczną obecność, ich ciepło i ciało. Nie miał skrupułów zdradzając Ophelie. Ostatecznie to rodzice kazali mu się z nią ożenić, choć tego nie chciał. To oni go z nią związali, nie mógł nic zmienić, nie miał na to żadnego wpływu. No, może za jednym... Zbuntować się, postawić na swoim; tyle, że to groziło wydziedziczeniem i wygnaniem z rodzinnego domu. A tego za nic nie chciał. Poświęcił się... Noc poślubna... Ten koszmar... Nie pamiętał wiele. Mrużył oczy z całych sił, próbował stracić przytomność... Nie udało się. Zachowywał się ozięble i nieczule. Chciał zakończyć wszystko jak najszybciej. Cierpiał. Jego męska duma cierpiała. Złapał ją mocno za uda, szybko osiągnął szczyt i pośpiesznie wyszedł. Odetchnąć na powietrzu.

To był jedyny stosunek, jaki odbyli przez te sześć lat i nie zamierzał w przyszłości niczego zmieniać. Nie było to wystarczająco dużo, by Ophelia zaszła w ciąże. Andre szczerze nie chciał zobaczyć u niej brzucha. Choć i tak wyglądała jakby miała niedługo urodzić. Nie miał potomka... Chociaż może... jakaś wychędożona przez niego dziewka dała mu syna lub córę o których nie wie...? Może? Nie obchodziło go to na razie. Na razie... Później znajdzie odpowiednią kobietę, z którą pocznie pierworodnego. Nawet jeśli będzie pierworodna nie zawiedzie się. Ophelia dałaby mu pewnie potwora – takiego, jakim sama jest. To była druga rzecz, jakiej pragnął uniknąć (po wydziedziczeniu). Będzie na to czas, teraz chciał się wyszaleć. Los żony w ogóle go nie obchodził. Może robić co chce, spraszać kochanków, zdradzać go z nimi; wszystko mu jedno. Chociaż biorąc pod uwagę jej wygląd wątpił w to. Mężczyzn zajmujących się dawaniem rozkoszy za pieniądze było niewielu. Musiałaby dać komuś naprawdę sporo koron albo połasić się na jakiego łachudrę, wyglądem przypominającym mutanta.

Wracając z długich wypraw do domu nigdy nie zauważył oznak, świadczących o tym, by go zdradzała. Czyżby tak dobrze się maskowała? Nie, niemożliwe, jest na to za głupia. Podejrzewał, że sama zaspokajała swe potrzeby. Miała jakieś. Na pewno. Owa wspólna noc po ślubie... Jakżesz pragnęła jego ciała. Ledwo się wyrwał.

Wstrząsnął nim spazm odrazy. Zatrzymał się. Posłyszał kobiece chichoty i męskie zadowolone głosy. Dotarł na miejsce. Ogromny plac, wyłożony czerwoną kostką, pośrodku którego stała fontanna w kształcie kochającej się pary; woda wytryskiwała ustami kochanków, tworząc dwa srebrzyste łuki. Wokół wodotrysku rosły drzewa o soczystych owocach, krzewy i kwiaty o pięknych kielichach. Między roślinami umiejscowiono zdobne ławki. Po skwerze przechadzało się paru facetów wraz z kobietami. Dookoła placu znajdowało się kilka dużych zabudowań. Większość burdeli przeznaczona była dla mężczyzn, ale były też i dla kobiet szukających cielesnych rozkoszy, gejów, lesbijek, a nawet dla sado-maso. Każdy zostanie zaspokojony. Wiadomo jednak, że im bardziej wygórowane oczekiwania, tym większa cena.

Wśród budynków znaleźć można było także dobrą gorzelnię, motel i stajnię. Przychodziła tu sama śmietanka miasta. Teraz nie powinno być wielu – większość bawiła pewnie u lorda Garbusa. Brimba odszukał wzrokiem podświetlony lampami szyld ”Czerwone Kwiaty”. Zamtuz stanowił klasyczny przykład konstrukcji szkieletowej. Świerkową konstrukcję wypełniono cegłami. Ściany licznie poprzeszywano przysłoniętymi teraz przez kotary oknami i balkonami. Gontowy dach wyglądał na świeży, najwidoczniej niedawno wymieniany. Całość oświetlały stojące po bokach latarnie. Tak, Jarel Krohl zachwalał ten dom uciech. Ciekawe, czy jest tak dobry, (a raczej czy one są tak dobre) jak twierdził? Najlepiej samemu sprawdzić i to jak najszybciej. Postąpił krok do przodu.

Stanął. Cholera, czyżby go napadli? Teraz? Tak blisko? Ale zaraz... Przecież nic nie ma. I kolejna myśl: jak do ciężkiej cholery zapłaci ladacznicom? Może... Tuż obok wyrosła wielka postać, odziana w ciemne, lniane ubranie ze skórzanymi elementami. Przy pasie zwisał miecz, na ramieniu kusza...

Andre zorientował się w sytuacji. No tak, ochrona, a raczej mafia; jak mógł o tym zapomnieć? W takim miejscu. Odprężył się.

Andre spojrzał i krzyknął:

Przyjaciel odsunął kobietę, pogrzebał ręką w wewnętrznej kieszeni wykwintnej kamizeli i podał mu pełną sakwę.

- Dzięki Jarel! – Machnął ręką za oddalającą się w kierunku fontanny parą. Dostrzegł jeszcze dwie postacie obserwujące Krohla. Rozpoznał w nich jego ochroniarzy. Fachowcy. Trzeba przyznać. Nie gonią za prostytutkami, nie opierdalają się, tylko czuwają. Ale... Po co mi ochroniarze...

Siedział w pokoju ze szczupłą blondynką o elfiej urodzie. Wybrał ją spośród dziesięciu kobiet. Gdy wszedł, dama w podeszłym wieku, zarządzająca tym przybytkiem, natychmiast ustawiła wszystkie pod ścianą. Od razu ją wypatrzył, miał dobre oko do kobiet. Imię jej brzmiało Arminna. Spytał, czy to jej prawdziwe. Przytaknęła. Podobało mu się. Nie lubił, gdy kurtyzany brały sobie na drugie tak oklepane imiona jak: Luna, Lollita (Lola), Lilia, Angela (Angelika). Dał czterdzieści koron, nie życzył sobie nic specjalnego – jeno zwykłą miłość. Miał ją do świtania. Sporo czasu, może przeprowadzić grę wstępną, nawet porozmawiać. Alkohol wyparował mu już z głowy, albo prawie już. Przyspieszone tętno, mocniejsze bicie serca – przyjemnie. Nie traktował przedmiotowo kobiet, z którymi miał zamysł uprawiać seks (za wyjątkiem żony). Zawsze w miarę możliwości starał się zagadać, zaimponować, dowiedzieć czegoś więcej o partnerce. Wiedział, jak zaspokoić kobietę. Nie miało znaczenia czym się zajmowała, z jakiego stanu pochodziła. Była kobietą. Każdej, która mu się podobała, należały się jak największe doznania.

Swego czasu – o jakże dawno to było, tak mu się wydawało – czytał księgę z Kitaju; wraz z dwoma znajomymi. Księgę prawdopodobnie zakazaną w Imperium (tak twierdził kolega Ian Thomus, który jakimś dziwnym trafem wszedł w jej posiadanie). Tytuł głosił: „Kamasutra – kitajska sztuka kochania”. Wszyscy trzej byli niezmiernie zainteresowani. Przeczytali w tydzień a swoją grubość ona miała. Przez cały ten czas spotykali się u Thomusa w salonie i przeglądali ją przy pucharach bretońskiego, wytrawnego wina. Prawie każda strona, każde słowo i każdy rysunek zaskoczyły ich. Było wszystko: pozycje, opisy i rysunki do nich, jak zdobyć kobietę, jak zdobyć mężczyznę, jak nie utracić wzajemnej fascynacji, jak przypodobać się płci przeciwnej. Jacy osobnicy są łatwi a jacy nie. Pielęgnacja miłości, to jak rozwijać tą miłość. Afrodyzjaki: sposób przyrządzania, działanie, składniki. Upiększanie ciał, zalotne gesty i spojrzenia. Miłość duchowa i fizyczna. Narodziny miłości. Skąd się bierze, czym jest; bliskość drugiego człowieka. Ludzka anatomia, gra wstępna, z pozoru nic nie znaczące ruchy, dotyki; ale tylko z pozoru. Orgazm, przeżycie szczytu na kilka sposobów. Zawarte były też metody, jak dziecka uniknąć. Dopasowanie względem wielkości narządów. Trzy ich podziały u obu płci. Łania, klacz, krowa – u kobiet. Zając, byk, ogier – u mężczyzn. Pamiętał jak się porównywali: Brimba – ogier, Thomus – byk, a Krestow – zając. Ten ostatni nie doczytał do końca, bo słysząc ich wyśmiewania, obraził się i więcej razy nie przyszedł. Wtedy był młodszy, głupszy. Teraz nie wyśmiałby Krestowa. Krestow był ich przyjacielem, musieli zranić go dotkliwie naśmiewając się z jego przyrodzenia. Stare, dobre czasy – jeszcze sprzed ożenku. Uśmiechnął się do wspomnień. Tak... „Kamasutra” – było tam wszystko. Cała erotyczna mądrość zawarta w jednej księdze. Andre dziwił się, że wiele z tego, co tam pisało równie dobrze tyczyć mogło się Imperium. Wszystkie niemal sztuczki i miłosne igraszki mógł z powodzeniem stosować w całym Starym Świecie. Najwidoczniej dzieło Khadima Hidjego było uniwersalne. Po jakimś czasie Thomus ochłonął, lecz nie Brimba, gdzie tam. Ian większość uwag tam zawartych uważał za śmieszne lub co najwyżej ciekawostki. Andre chciał odkupić od niego księgę, ale Thomus nie zgodził się, pomimo zaoferowanej wysokiej sumy. Był zbieraczem wszelakich ksiąg i papirusów. Chciał mieć ją w swoim zbiorze... by spokojnie leżała na drewnianej półeczce za szklaną ścianą. Brimba uważał to za tragedię, Thomus był jednak nieprzejednany w swej decyzji. Andre wpadał do niego często; studiował księgę, przeglądał. Sporo zapamiętał, choć mimo usilnych starań nie wkuł całej do pamięci. Nie wyrył w niej idealnie każdej strony z rycinami. Dla niego stanowiło to niemożliwe. Przyswoił sobie za to największą mądrość: „...Mężczyzna zawsze winien zaspokoić wpierw kobietę. Nie odwrotnie. Winien okazywać jej zainteresowanie i wyczuwać jej erotyczne zachcianki. W łożu winien być w stosunku do niej czuły, troskliwy, ale i zarazem gwałtowny...”. Tą zasadą kierował się głównie Brimba w życiu.

Tak też było i tym razem.


Slaine