Koniec początku


Vazag stał nieruchomo na polanie obok kilku swoich przyjaciół. Jego miecz i tarcza lśniły jasno w blasku księżyca; robiło się coraz ciemniej. Cała czwórka była cholernie zdenerwowana i choć wiedzieli, że raczej nie przeżyją tego starcia, to starali się zachować zimną krew. Najspokojniejszy był Kargal, który jako jedyny nie wyjął jeszcze broni.

Kargal spojrzał najpierw na księżyc a następnie w mroczną czerń lasu rozciągającego się wokół nich i rzekł:

Towarzysze spojrzeli na niego dziwnym, mętnym wzrokiem, on jednak tego nie dostrzegł, gdyż w krzakach przed sobą zobaczył jakieś ruchy.

Wszyscy stali się czujniejsi, a w rękach (łapskach) krasnoluda momentalnie znalazł się potężny, dwuręczny topór. Szepty ochrypłych i piskliwych głosów utwierdziły ich w przekonaniu, że są otoczeni przez wrogów. Wtem z ciemnej gęstwiny wyskoczył snotling i niezdarnie upadając na ziemię, wypuścił niewielką dzidę. Dookoła wybuchły ryki grubiańskiego śmiechu orków, goblinów i hobgoblinów. Przestraszone stworzenie natychmiast poderwało się i zniknęło w gąszczu. Nastała nieznośna cisza. Przyjaciele słyszeli swe ciężkie oddechy; sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Leniwe chmury przesłoniły powoli księżyc, a świat pogrążył się w jeszcze większych ciemnościach. Goblinoidy wykorzystały dogodny akurat moment i ze wszystkich stron posypał się grad strzał.

W najtrudniejszej sytuacji był Kargal, który nie miał tarczy a pancerz posiadał tylko skórzany – krasnolud lubił czuć się swobodnie. Strzały tak jak wzleciały, tak i opadły, zasiewając całą polanę a niektóre dotkliwie raniły obrońców. Zielona masa, dotychczas przyczajona za drzewami, z furią rzuciła się do ataku.

Tuż obok leżał martwy Festor, któremu jeden, niefortunny lot strzały przeszył gardło. Kilka metrów dalej klęczał skulony, naszpikowany grotami Kargal, będący bliski spotkania z Hrungorem. Bestoph wyglądał nieźle. Wprawdzie miał niewładną lewą rękę – strzały najwidoczniej uszkodziły mu ścięgno – lecz prawa wciąż zdolna była przelać krew (mimo, iż mańkut, drugą dłonią równie dobrze władał mieczem). We dwójkę podeszli do Kargala i pomogli mu powstać. Krasnolud był w opłakanym stanie, próbował coś powiedzieć, ale tylko pluł dokoła krwią. Ledwo trzymał się na nogach a tu czekała nań nierówna walka u boku dwojga nieco mniej sponiewieranych przyjaciół. Ich los był przesądzony. Wprawdzie od samego początku zdawali sobie sprawę, że nie mają szans, że nie przeżyją, lecz gdzieś na dnie serca u każdego tliła się iskierka nadziei, iż być może wydarzy się coś, co da im szansę ujść cało z opresji. Teraz nadzieja ta całkowicie wygasła; Festor nie żył, a krasnolud...

Wrogowie byli wszędzie, nadbiegali ze wszystkich stron. W tej właśnie chwili dusza Kargala zapałała ogniem zemsty, krwi, walki i wrodzonej nienawiści do pieprzonego, zielonego pomiotu. W jego oczach pojawił się szaleńczy błysk i przezwyciężając ogromny ból, khazad rzucił się w kierunku przeciwników. Vazag i Bestoph stali osłupieni; czyn kompana wprawił ich w niemałe zdumienie. A krasnolud szalał, dopadł pierwszych hobgoblinów i ściął dwóch za jednym, potężnym zamachem. Następnie jeszcze jeden cios, i kolejny, i jeszcze jeden, i jeszcze, jeszcze, jeszcze!!! Fruwają głowy, ręce, posoka płynie i wciąż nie ustaje. Kargal tnie następnego orka po brzuchu i nie przerywając cięcia, odrąbuje łeb innemu. Lotki krępują jego ruchy, łamią się, groty wrzynają w ciało, ranią głębiej, boleśniej. Kargal jest cały we krwi – swojej i przeciwników.

Dyszy, nie może złapać powietrza. Z boku dobiegają nowi. Za dużo, nie wytrzymuje, po prostu za dużo. Topór staje się za ciężki, wypada z rąk. Pchnięcie włóczni przebija bok khazada, jakiś goblin odcina mu mieczykiem ucho, topór odrąbuje dłoń, całe ciało przeszywa seria cięć i pchnięć. Kargal pada martwy, stłamszony w tłumie, podeptany i pokonany...

Pierwszy otrząsnął się Bestoph.

Vazag odwrócił się – nie chciał patrzeć na śmierć ostatniego z przyjaciół – gdy to zrobił, ujrzał pozostałe kreatury, będące już tylko kilkanaście metrów od niego. Nie miał ochoty na walkę (czy można to nazwać walką?), nie chciał walczyć, no bo po co? Czy po to, aby zabić trochę tego ścierwa, a potem samemu zginąć? Po cóż się wysilać, próbować, jak i tak czeka niechybna śmierć. Lepiej więc żeby przyszła szybko i możliwie bezboleśnie – nie mało widział w życiu dogorywających rannych i nie chciał tak cierpieć.

Gdzieś z tyłu doszły go krzyki zabijanego Bestopha, który w ostatnich chwilach życia wyklinał wszystkie ogry, orki i gobliny. Vazag spojrzał przed siebie, prosto w oczy nadbiegającego hobgoblina, który był już w zasięgu broni. Momentalnie odrzucił miecz i stał niewzruszony pośrodku polany, wokół trupów bliskich mu ludzi, z którymi tyle przeżył. Zabrudzona klinga wroga dosyć gładko weszła w tułów, przeszywając go na wylot. Vazag zamknął oczy, poczuł jeszcze jedno uderzenie a do jego uszu doszedł przytłumiony odgłos wrzawy czynionej przez triumfującą hordę.

Po kilku godzinach, gdy na polanie nie było już nikogo żywego, z drzewa ześliznęła się przycupnięta na nim postać. Powolnym krokiem ruszyła w kierunku trupów; jej twarz pozostawała kamienna i nie wyrażała żadnych emocji. Wpierw zatrzymała się przy naszpikowanym strzałami, brutalnie zmasakrowanym ciału Kargala. Złapała go za nogi i – choć sprawiało jej to wyraźny trud – poczęła ciągnąć na środek polany. Martwy khazad spoczął tuż obok Vazaga. Następnie mężczyzna przywlókł pozostałą dwójkę i udał się nazbierać chrustu. Gdy stos był gotowy Elanor wypowiedział inkantę. Na jego otwartej, lewej dłoni pojawił się niebieski płomień, wtedy czarodziej przykucnął i podpalił chrust, a następnie cofnął się i zacisnął dłoń, rozpraszając tym samym czar. Ogień rozprzestrzenił się błyskawicznie, oplatając swymi płomieniami cztery zimne ciała. Elanor jednak tego nie widział, znajdował się już bowiem kilkaset metrów stąd, podążając ustalonym wcześniej przez wszystkich szlakiem. Po jakimś czasie obejrzał się za siebie i zobaczył dużą, odcinającą się na czarnym tle, czerwoną łunę.

Las płonął, ginęły drzewa, zwierzęta, może zielonoskórzy też. Elanorowi było wszystko jedno. Niech giną, niech palą się żywcem! Niech spłonie cały Stary Świat!! – chciał krzyczeć, lecz nie mógł wydobyć z siebie ani jednego słowa. Żal twardo ściskał mu gardło.

Po chwili, jakby na złość, zaczęły spadać niewielkie kropelki, które wkrótce przerodziły się w rzęsisty deszcz. Mężczyzna wciąż spoglądał na słabnącą łunę, a gdy ta całkiem zanikła, odwrócił się i ruszył dalej. Jego wyraz twarzy nie był już teraz taki spokojny, jak przedtem, zmienił się – wyrażał cierpienie, rozpacz i bezsilność wobec okrutności świata. Łzy spływały po niej równie gęsto, jak deszcz z nieba. Mogło wydawać się, że wraz z czarodziejem płacze Ulryk, który stracił kilku mężnych wyznawców. Tyle, że gdyby Władcy Zimy i Wilków naprawdę na nich zależało, na pewno nie pozwoliłby im zginąć w tak głupi sposób... Byli to jednak szarzy (no, może nieco wybijający się ponad przeciętność), nic nie znaczący śmiertelnicy, a poza tym nie dość gorliwi w wierze, aby zwrócić na siebie uwagę Wielkiego Ulryka.



Jedna z wielu drobnych bitek. Bitew nie równych, z góry przegranych. Przegranych przez rasy Imperium, nie Chaos. Jedne z wielu osób tracących życie w takich potyczkach. Płonna nadzieja, która w trakcie walki całkiem wygasa. Nieunikniona, bliska śmierć. Różne postawy, różne zachowania w jej obliczu... Wściekłość, rozpacz, ból, strach, niemoc... i odwaga.


Slaine