Herweg jest człowiekiem, jak większość mieszkańców Starego Świata. Pochodzi z Imperium, a dokładniej z Kremply – niewielkiego miasteczka w środkowym Stirlandzie. Jego rodzice zginęli, gdy był jeszcze mały i w ogóle ich nie pamięta. Ojciec pojechał któregoś dnia – jak zwykł czynić co parę lat – do Krainy Zgromadzenia i już nie wrócił. Matka natomiast kilka miesięcy później zachorowała i nawet miejscowy medyk ani okoliczni zielarze nie potrafili jej pomóc. Po dwóch dniach zmarła w okropnych męczarniach.
Herwegiem zaopiekowała się babka, która nigdy nie mogła pogodzić się ze śmiercią (prawdopodobną) syna i chciała mieć choć jego namiastkę, a poza tym kochała wnuczka. Gdy i ją Morr wezwał do swej krainy, chłopcem zajęła się najlepsza przyjaciółka matki – bezdzietna Hannah Skorich. Postąpiła tak głównie (jeśli nie jedynie) dlatego, by zyskać uznanie w oczach współmieszkańców i by nie stać się tematem licznych plotek. W rzeczywistości nie lubiła go, tolerowała, ale nie była mu życzliwa. Na pewno nie mógł jej nazwać przybraną matką.
To wtedy dwunastoletni wówczas Herweg zasmakował pierwszych kradzieży. Zaprzyjaźnił się z prawie o dwadzieścia lat starszym halflingiem – Albenem – i we dwójkę działali przez jakiś czas w osadzie. Z początku były to niewinne kradzieże, ot trochę bułek czy ciastek, gdy byli głodni, podniszczone buty lub kilkanaście szylingów. Największą sumą na jaką potrafili się zdobyć były trzy złote korony. Szło im dobrze, nawet bardzo. Wpadli raz a i wtedy właściciel kramiku „Maślany Pączek” złoił im tylko skórę i kazał zaprzestać złodziejstwa, bo jak nie, to powiadomi o całym zajściu macochę Herwega a Albenem zajmą się strażnicy miejscy. Częściowo to poskutkowało, już nie kradli... W „Maślanym Pączku” rzecz jasna, ale w Kremply były inne, także godne uwagi, sklepy i stragany.
Ostatecznie rozochoceni łatwymi zyskami i bezkarnością postanowili dokonać czegoś większego. Alben zatrudnił do tej roboty jeszcze swojego przyjaciela Thadura, też małego człowieczka. Tym razem miało to być coś całkiem odmiennego, niż dotychczasowe „zabawy” – postanowili się włamać; wziąć monety, wartościowe przedmioty i ulotnić się. Fakt, iż żaden z nich nigdy wcześnieniej próbował czegoś podobnego nie zraził ich ani trochę. Sądzili, że pójdzie łatwo, szybko i bezpiecznie; jak po kozim maśle – twierdził Thadur. Po zaciekłych dysputach ustalili, że wraz z łupami ruszą do Krainy Zgromadzenia i tam osiądą, żyjąc z początku ze zrabowanych kosztowności. Herwegowi podobał się ten pomysł, nareszcie uwolniłby się od tej przeklętej kobiety i zamieszkał z kimś, kto go lubi i szanuje. Pozostawał tylko jeden problem. Kto w Kremply będzie miał na tyle koron, by ich zadowolić i aby nie były one zbyt trudne do zdobycia?
Wkrótce Alben znalazł ofiarę, a okazał się nią wędrowny kramarz Alfred Zilt, który zatrzymał się na parę dni w gospodzie „Pod Chytrym Lisem”. Halfling przekupił koroną swojego ziomka, obsługującego Zilta, dzięki czemu dowiedział się, że Alfred zmierza do Nuln a w Kremply chce się pozbyć resztek towaru. Pracownik karczmy wskazał także pokój, który wynajął kramarz i powiedział, że widział go ostatnio z jakimś krasnoludem. Albenowi informacje te wystarczyły w zupełności a i nie miał zamiaru marnować kolejnych monet, choćby pensów. Poza tym uważał, iż taka natarczywość może wydać się nieco podejrzana. Wyszedł więc i ruszył ku swej norce – usytuowanej na południowym pagórku – by wraz z oczekującymi go przyjaciółmi przygotować się do największego wyzwania ich dotychczasowego życia.
Herweg i Thadur zostali u Albena na noc (chłopak nie raz nocował poza chatą Hannah i to czasami przez kilka dni pod rząd), a gdy każdy miał już wyznaczone zadanie i dobrany odpowiedni ekwipunek, położyli się we trójkę na jednej, baraniej skórze, by jak najwcześniej – jeszcze o świcie – stanąć przed gospodą.
Dobra, każdy pamięta co ma robić? – Alben popatrzył nerwowo po rozespanych twarzach towarzyszy i poprawił rzemień u torby.
Tak – odpowiedzieli jednym głosem kompani.
No to ruszamy.
Niziołek po raz ostatni spojrzał na sporą, prawie niezagospodarowaną norkę: na ubitą kamieniami podłogę, na niedokładnie obłożoną deskami, ziemistą ścianę, na baranią skórę, palenisko, dwie skrzynie i kilka innych drobiazgów. Nie wziął prawie nic, jeno wytrychy, monety, jakie mu pozostały, dwa krzemienie, ośmiometrową linę, piszczałkę, kociołek, prowiant i przyprawy.
Żegnaj ubogi domku – rzucił przymykając drewnianą klapę.
Niebo okrywał półmrok a na ulicach nie było wielu osób. Szybko dotarli do „Chytrego Lisa”; tam usiedli przy jednym z wolnych stolików i zamówili Skocznego Rhala. Piwo to, miejscowego wyrobu, pod żadnym względem nie dorównywało tym z większych miast Imperium, ale jak mawiał karczmarz Rhal: „W miasteczkach takich, jak Kremply tanie piwo lepiej schodzi, niż lepsze a droższe”. I miał rację, ponieważ mimo, iż Skoczny Rhal należał do gorszych gatunkowo, sprzedawał się dobrze.
W karczmie nie było gwarno, jedynie tu i ówdzie dało się słyszeć rozmowy, szepty i jakieś pomruki. Niedoszli włamywacze sączyli w milczeniu trunki, gdy zgrzytnęły niewielkie schody prowadzące na półpiętro – do wynajmowanych pokoi. Ich oczy zwróciły się w tamtym kierunku. Z korytarza wyszedł mężczyzna, pozdrowił gospodarza i zamówił strawę; nie był to jednak Alfred.
Czekali więc nadal nieco już znudzeni. Thadur zamierzał poprosić o czwartą kolejkę, gdy wtem ujrzeli tego, którego tak długo oczekiwali.
Najwyższa pora by wstać, Zilt – mruknął Alben.
Po tym jak kramarz zjadł coś, popił i wyszedł, przystąpili do działania. Dopili piwa i podeszli do karczmarza.
Chcę wynająć pokój dla nas trzech, na jeden dzień – mówił Alben, pogryzając główkę zerwanego po drodze maku.
A cóż to panie Alben, sprzedaliście norę, że nie macie się gdzie podziać?
Niech cię to nie interesuje Rhal – wtrącił podenerwowany Herweg –, po prostu płacimy i żądamy pokoju.
Nie podoba mi się twój ton smarkaczu, to po pierwsze! Poza tym nie przypominam sobie byśmy mówili sobie po imieniu. A po ostatnie, to równie dobrze mogę wam odmówić.
Jeśli pomieszczenia wolne zachowałbyś się grubiańsko i nieuprzejmie, łamiąc przy tym niepisane prawo. Przedstawiciel każdej rasy ma prawo do spokojnego odpoczynku – zauważył Thadur, znający się równie dobrze na karczemnych zwyczajach, co na gotowaniu.
Nie, jeśli sam od gości doznaję obrazy i jeśli...
Daj spokój Rhal, dobrze wiesz, że chłopak nie chciał cię urazić, jest po prostu jeszcze młody i nieobyty, to wszystko.
Karczmarz popatrzył bystro na Albena.
Masz dwójkę – odburknął i podał mu miedziany, wystrzępiony klucz. – Dwadzieścia cztery szylingi się należy, zaraz dostawią trzecie posłanie. Poczekajcie chwilę.
Rhal krzyknął na jakiegoś chłopaka, a ten migiem pobiegł po schodach i migiem również wrócił.
Gotowe panie Rhal – wydyszał.
Wszystko macie już przygotowane – rzekł gospodarz.
Dzięki Rhal – odpowiedział Alben i zwrócił się do towarzyszy. – Chodźmy.
Thadur szturchnął łokciem chłopaka.
Dziękuję panie Rhal – Herweg ruszył za niziołkami uśmiechając się pod nosem.
Weszli, a Alben zamknął drzwi. Położyli się, każdy na wypchanej słomą pryczy. Odczekali parę chwil.
Dobra, ruszaj chłopcze. Czas zaczynać – niemianowany, ale też i niekwestionowany przywódca grupki spojrzał na kumpli. Herweg wstał i udał się do drzwi. – A, czekaj.
Co? – Stanął w pół kroku i patrzył pytająco.
Nie mówiłem wam tego – skierował swe słowa do obydwu – ale widziałem krasnoluda z naszym panem Ziltem. To znaczy nie do końca ja, tylko ten niziołek, co go obsługiwał. Wpierw o tym zapomniałem a później sądziłem, że...
Coo?! Dopiero teraz nam o tym mówisz? – Młodzik był wyraźnie zdziwiony.
Silny chociaż jaki? – Zagaił Thadur.
Bo ja wiem? Nie widziałem go ja, tylko ten z obsługi. Ale oni wszyscy tacy sami. Silny chyba... No przecież nie będziemy się bić, lecz włamywać, nie?
No a gdyby co do czego przyszło? Z Ziltem daliby my radę, nawet gdyby jeszcze jaki inny człek był może też, ale z brodaczem? Wątpię.
Idę – rzekł zniecierpliwiony chłopak.
Wypatruj jego też. Taki... brodaty, krępy – Alben próbował opisać ostatnio widzianego khazada; kiedy to było, jakieś kilkanaście miesięcy temu.
Wiem jak oni wyglądają... Idę.
Uchylane drzwi cicho zgrzytnęły.
No Thadur i my ruszajmy, słońce coraz wyżej.
Gotowy żem.
Czekaj chwilę – powiedział z dezaprobatą w głosie i zaczął szykować wytrychy.
Niebawem obaj wychynęli na korytarz, przymknąwszy uprzednio drzwi; w razie czego pokoik stanowić będzie drogę ucieczki. Zawczasu odemknęli okiennice i otworzyli okna, by móc swobodnie przebiec i nie tracić cennego czasu – w nagłym, acz przewidzianym wypadku. Choć woleliby, aby wszystko poszło gładko. Nie uśmiechała im się wizja skakania z półpiętra; było dość wysoko (jak na halflinga), a ryzyko uszkodzenia ciała zawsze istniało.
Szybciej – syczał przez zęby Thadur, bacząc czy ktoś nie idzie.
Kozia krew. Solidny ten zamek. Będzie trochę...
Może ja spróbuję.
Nie... O! – Coś szczęknęło.
Ciszej.
Cholerne wytrychy. Daj...
Alben urwał. Drzwi obok ich pokoju uchyliły się.
Chowaj – wrzasnął cicho Thadur. Towarzysz pospiesznie wykonał polecenie, wkładając wytrychy w portki.
Ujrzeli grubego, łysawego człowieka. Przekręcił on klucz w zamku i ruszył hollem. Tylko spokojnie, spokojnie. Thadur zaczął pukać do drzwi. Nikt nie otwierał. Mężczyzna przyglądał im się a Thadur, co i rusz zerkając na niego, pukał cały czas. Grubas zatrzymał się koło nich. Tylko spokojnie, spokojnie. Zimny pot spłynął im po plecach. Alben stał, Thadur nadal pukał...
Chyba nikogo nie ma. Macie zamiar cały czas tutaj tak stać i pukać?
Nie, my tylko... – Wyjąkali.
Co?
Z obsługi jesteśmy – zachował zimną krew przywódca.
Tak – dodał z przekonaniem drugi. – Posiłek niesiemy.
Hm? Przecież nic nie macie? – Popatrzył podejrzliwie. Thadura przeszył dreszcz; ale głupotę palnął.
Niedokładnie. Przyszliśmy spytać, czy goście strawy nie potrzebują. – Alben ratował ich z opresji. – Chodzimy od pokoju do pokoju i pytamy. – Czuł się niepewnie. Jak zareaguje ten wielkolud? Cholercia, że też musiał ich zagadnąć, że też wylazł tłuścioch z pomieszczenia.
Aaa – wybełkotał z niejakim zadowoleniem natręt. – To miło, właśnie miałem coś przekąsić – uśmiechnął się. – Mogłem poczekać w pokoju, no, ale cóż... Przynieście mi dzban piwa, tylko nie tego Rhala – dodał pospiesznie. – Macie może coś z Estali? Chataviara macie?
Spojrzeli po sobie zdumieni.
Raczej nie – ozwał się Alben, Thadur wolał siedzieć cicho – ale jest coś z Nuln. – Sądził, że powinno być. Teraz już musieli przynieść mu to, czego zażądał. Z drugiej strony, mogło być znaczne gorzej.
Co takiego? – Dopytywał tamten.
Alben zamyślił się. Jakie piwne trunki mają tam w Nuln?
My nowi. Nie znamy się jeszcze – rzekł, tym razem przytomnie Thadur.
Niech więc będzie cokolwiek z Nuln. I fasolka po bretońsku do tego. Dużo sosu. To wszystko.
Dobrze, zaraz przyniesiemy. – Skłonili się uprzejmie i wyszli. – A więc dzban nulnijskiego piwa i fasola z Bretoni? – Chciał się upewnić Alben.
Nie z Bretonii a po bretońsku. – Poprawił go Thadur.
Aha. No tak.
Co zrobimy? Sami to zamówimy?
No a co innego? Mam koron, starczy na pewno.
W izbie dojrzeli Herwega, który również ich zauważył. Jego mina wyrażała ogromne zdumienie, ale nie podszedł do nich. Oni do niego też nie.
Hej, Rhal!
Tak?
Chcielibyśmy coś zjeść i napić się. Dzbanek nulnijskiego browaru i porcja fasolki po bretońsku.
Siadajcie, zaraz przyniosą. – Rhal krzyknął a zaraz znalazł się przy nim chłopak (ten sam, co dostawiał trzecie posłanie). Karczmarz podliczył cenę, wskazał mu halflingów i dał zlecenie.
Zapłacili dwanaście szylingów i z apetytem wpatrywali się w fasolę, pławiącą się w gęstym, pomidorowym sosie.
Zjadłbym – Thadur klepnął się w brzuch. – Przecie niewiele posililiśmy się u ciebie przed wyjściem.
To nie dla nas. Nie ma czasu na jedzenie. I tak jesteśmy opóźnieni przez tego grubasa. Alfred może przyjść w każdej chwili.
No dobrze, to chodźmy.
Thadur z miską ciepłej fasoli w jednej ręce, drugą zapukał. Alben z dzbanem pienistego piwa stał obok, wpatrując się w gładkie, drewniane ściany hollu.
Już idę – dobiegł ich przytłumiony głos klienta.
No, jesteście. – Powąchał fasole i westchnął. – Pyszna. Sosu mogło być więcej, ale już trudno. Ile się należy?
Dwanaście szylingów.
I dziesięć pensów – dorzucił Alben. Thadur spoglądał na niego przez moment dziwnym wzrokiem; tylko przez moment.
Macie – wyjął trzynaście szylinga. – Dwa pensy dla was. – Zamknął się w swoim pokoju sam na sam z fasolką i chmielowym trunkiem.
Dlaczego to zrobiłeś? – Spytał Thadur.
Zarobiliśmy szylinga, czy to źle?
Nie, ale gdyby się zorientował? – Akurat dotarli przed pokoik Zilta.
Eee tam. Jak? – Wyjął ze spodni wytrychy i zaczął grzebać w zamku. – Zresztą, nie przeszkadzaj mi, mamy ważniejsze sprawy.
Nieco obrażony Thadur oparł się o ścianę i wyglądał kolejnych nieproszonych osób.
Herweg siedział sam przy stoliku, dotychczas był znudzony, ale obecnie podenerwowany. Po cóż oni tu schodzili? Po kie licho im fasolka i piwa? Zgłodnieli? Taka poważna sprawa a oni sobie jedzą? Thadur być może i by tak postąpił, ale Alben? Nie, niemożliwe, za długo go zna.
Podać coś – głos niziołka wyrwał go z zamyślenia.
Nie – odparł poirytowany. Na Ranalda, już czwarty raz pytają go, czy chce coś zjeść. Czy to, iż siedzi sam i nic nie je musi oznaczać, że chce jakiejś strawy? Najwyraźniej tak, chyba że to zwykła uprzejmość? Może dla kogoś innego, lecz on uważał to za zwykłe narzucanie się. – Nie, nic nie chcę. Prócz tego, by zostawić mnie w spokoju.
Oczywiście, samotność sprzyja rozmyślaniom, ale wraz z trunkiem działa o wie...
Chłopak nie słuchał. Halfling widząc samotnego i młodego chłopaczynę wziął go pewnie za naiwniaka. Nagabywał więc, chcąc wyciągnąć jak najwięcej pensa.
W pewnym momencie do jeszcze dość cichej karczmy weszło trzech muzykantów i od razu zaczęło grać. Jeden, ten największy, walił rękoma w bęben przewieszony przez szyję; drugi, chudy i kościsty, brzdąkał palcami na mandolinie; ostatni, niski, piegowaty, w kraciastej koszuli, miał przytkaną do ust małą harmonijkę. Wszystkie dźwięki składały się na ładną, skoczną pieśń. Za grajkami weszło dwóch jeszcze. Człowiek i krasnolud. Zilt i krasnolud mówiąc konkretniej.
O żesz kurwa mać! – Herweg natychmiast powstał a po chwili usiadł.
A więc bierzesz Skocznego Rhala?
Spierdalaj! – Huknął mu w twarz.
Halflinga zatkało. Poczerwieniał na twarzy, czy to ze wstydu, czy ze złości, popatrzył na młodzieńca i odszedł. Chłopak obserwował przybyszy i nasłuchiwał o czym rozprawiali. A mówili głośno:
Trzeba to oblać Zilt – uśmiechnął się krasnolud.
Czekaj chwilę, nigdy nie noszę przy sobie za wielu monet. Różne rzeczy mogą człowieka spotkać. Przyniosę trochę z pokoju.
Krasnolud usiadł przy stoliku ustawionym naprzeciw Herwega. Sic! Chłopak odwrócił głowę, by uniknąć stalowego spojrzenia. Serce waliło mu, jak młotem, wyrywało się z piersi. Spoglądał gdzieś na boki... Na Ranalda, Zilt! Popatrzył prosto przed siebie. Zilta nie było, napotkał za to wzrok khazada. Spuścił szybko oczy. Piszczałka! Ta cholerna piszczałka! Palce nerwowo biegały po szyi. Parokroć miał ją w ręce, ale upuszczał. Nareszcie złapał mocno i przycisnął do ust. Dmuchnął z całych sił. Wysoki dźwięk zaświdrował mu w uszach, lecz ucichł zaraz, zjedzony przez instrumenty grajków. Na Ranalda Nocnego Czyhacza, grajki!!! Chciał wstać, podejść, powiedzieć, by zamilkli na chwilę, ale... Krasnolud. Bał się. Poza tym za późno, nic by to nie zmieniło. Nie zdążył, spartaczył swe zadanie. Miał tylko cichą nadzieję, że przyjaciele zrobili już, co mieli do zrobienia lub, że w porę umkną. Poczuł się źle, zrobiło mu się zimno. Chciał coś zamówić, aby się rozgrzać, jednak, gdy w pobliżu nie dojrzał nikogo z obsługi oprócz tego rozgadanego niziołka, zmienił zdanie.
Co ci chłopcze, choryś? Trzęsiesz się jak w febrze.
Nawet nie podnosił głowy, wręcz przeciwnie – spuścił jeszcze niżej. Znał ten głos. Serce podeszło mu do gardła. Nie odzywał się, nie zamierzał.
Napij się – dosłyszał odgłos przelewanej cieczy – dobrze ci zrobi. Wiem, co myślisz. Nie, nie bój się, to nie krasnoludzki spirytus, zwykła czysta. Choć też mocna. Potrafi...
Od strony wynajmowanych pomieszczeń doszły głośne krzyki. To czego Herweg najbardziej się obawiał. Włożył głowę pomiędzy ramiona i z całej siły zacisnął powieki. Chciał nie słyszeć, nie widzieć i nie wiedzieć, co się dzieje. Mimo to dosłyszał niewyraźne pokrzykiwania, nawoływania, ryki krasnoluda. Nie robił jednak nic, siedział cichutko i nie reagował. Można by pomyśleć, że skonał tu i teraz. Po chwili stracił przytomność.
Obudził się w zimnej, wilgotnej, zapleśniałej celi. Spojrzał po sobie: miał tylko odzienie. A jednak wpadli. Wszystko potoczyło się najgorzej, jak mogło. Rozejrzał się po ciasnej izbie. Prócz kilku szczurów był sam. A gdzie Alben? Gdzie Thadur? Przeraził się. Czyżby... Czyżby tylko jego ujęli? Czy to możliwe, aby halflingom udało się uciec? Przeraził się samotności. Poczuł do nich żal, do tego, że im być może się udało a jemu nie. Wiedział jednak, że sam sobie winien. Nie dość, jeśli ich również złapali, to przecież także przez niego. Uśmiechnął się smutno. Jednak to nie to samo, co podwędzanie żywności z targowiska. Nie to samo.
Wiedział, że go skażą, że się nie obroni. Nie ma szans. Wiedział, że wezmą go na roboty karne. Będzie musiał zapierdalać cały dzień, żrąc marne posiłki. I tak przez kilka lat chyba, że ducha wcześniej wyzionie. Słyszał też trochę o strażnikach więziennych, o ich bestialstwie. To nie ci sami, co miejscy. Wstrząsnął nim spazm strachu, zwinął się w kłębek tuż przy ścianie i próbował zasnąć. By nie myśleć o jutrze.
Nie zawsze się udaje. Los zmiennym jest. Czy raczej bogowie zmienni są. Raz na wozie, raz pod wozem. Szmat czasu wszystko idzie dobrze, jak iść powinno i gdy nadchodzi najważniejszy, szczytowy okres – pieprzy się, zawala. Mniej lub bardziej, lecz jednak. Jak to się mówi: życie płata nam okrutnego figla. Nigdy nie bądźmy przesadnie pewni siebie, zbyt ufni w szczęście. Nigdy nie wiadomo, co się zdarzy... Ta pewność wraz z naszymi słabościami może być zgubna, tragiczna w skutkach.