Rzecz o bohaterach z nieco innej strony
Roland siedział skulony pod drzewem i cicho pochlipywał. Nie wierzył w to, co mówił dziadek. Nie chciał wierzyć. Uciekł w las zaraz po tym, jak stary człowiek skończył swe wywody na temat bohaterów. Czuł się podle, przez chwilę nawet chciał się rzucić na niego z pięściami, by odwołał to wszystko, co powiedział, ale zaraz się opanował. Jego nauczyciel i dziad zarazem zadał mu pierwszy, mocny cios, używając tylko słów... A będą następne, silniejsze. Pierwsza prawdziwa lekcja Rolanda zakończyła się dlań porażką.
Chłopak miał to jednak gdzieś, ważniejsze było co innego. Jego marzenie. To, kim chciał zostać i o czym śnił po nocach zostało w kilku słowach prawie że definitywnie przekreślone. Biron pociął go swym językiem niczym ostrą klingą. Mit – wyobrażenie o herosie dzielnie i bezinteresownie walczącym o pokój, sprawiedliwość zostało przedstawione w innym, jakżesz paskudniejszym świetle. Dla Rolanda równoznaczne było to ze zmieszaniem z błotem jego marzeń i idei. To, co było dla niego najważniejsze w życiu okazało się fałszem i farsą – nie ma ludzi szlachetnych i mężnych. Musiał sobie popłakać, pobyć samemu, uspokoić się.
Dziadek doskonale o tym wiedział, nie fatygował się więc zatrzymywać wnuka, niech biegnie.
Ojciec, coś ty mu zrobił? – Spytała trochę gniewnie jego córka Karmen, podając rodzicielowi trzy upieczone ziemniaki. – Słyszałam szlochy Rolanda, a jego samego widziałam znikającego w gąszczu. Hm, ojciec?
Nie bój się, nic mu nie będzie. Poznał gorzką prawdę o życiu. Na noc pewno wróci do domu, jeśli nie wcześniej.
Pewnooo...? – Zdziwiła się.
Na pewno – poprawił przekonywująco, choć do końca nie był o tym przekonany. Wnuk jest gorączkowy i uparty, doznał sporej urazy, może się więc zdarzyć, że przyjdzie dopiero jutro. Tak, wartałoby wyeliminować lub chociaż zmniejszyć te cechy jego charakteru przed kolejnymi naukami. Zrobi się, może nawet jutro zaczniemy. Możliwe...
Ojcze – wyrwała go z zamyślenia – ziemniaki stygną. – Spojrzała mu prosto w oczy, następnie na las, a potem obróciła się i ruszyła ku chacie.
Biron ze smakiem chrupał ciepłe, trochę za bardzo przypieczone bulwy.
– Tak wnuku – ozwał się mlaskając językiem – Stary Świat kryje w sobie wiele zła i fałszu. By przeżyć i żyć godnie, musisz wpierw poznać prawdę o ciemnej stronie świata.
A jego słowa szły z wiatrem w las.
* * *
Czemu płaczesz chłopcze? – Ozwał się gruby, lecz miły głos.
Roland nie wiedział kiedy nieznajomy nadszedł, nie słyszał zbliżających się kroków. Zawstydził się, obtarł rękawem oczy i obrócił swą załzawioną twarz. Kropelki zwisające z brody kapnęły na kolano. Mężczyzna podszedł bliżej i przykucnął:
Jestem Slaine – podał mu mocną dłoń. – A ty? Jak ci mówią?
Roland – wyszeptał odwzajemniając uścisk.
Obcy wyglądał na wysokiego i silnego. Jego długie, czarne, natłuszczone włosy stały pionowo przez głowę. Oba policzki okalały szerokie bokobrody. Bystre, niebieskie oczy otaczała czerwona farba. Szorstka, męska twarz wzbudzała zaufanie, podziw, ale też i strach. Nosił futrzaną pelerynę, spiętą pod brodą metalową klamrą. Przez szyję przerzucony miał kolorowy amulet. Przyrodzenie chowała futrzana przepaska, podtrzymywana ogromnym pasem z klamrą w kształcie łba wielkiego warchlaka. Buty wykonane były z niedźwiedziej skóry. Lewe ramię i przegub spinały grube bransolety. Poza tym był nagi. Uda i przedramiona zdobiły wymalowane, niebieskie symbole. A w prawej ręce trzymał częściowo owinięte skórzanym pasem drzewce potężnego, dwuręcznego topora. Cały widok był imponujący.
A więc, co się stało Rolandzie? Ktoś ci dokuczył...? – Czekał.
Nnie, tylko...
Tylko co? – Zachęcał go do wyrzucenia z siebie prawdy. A wewnątrz powoli się wściekał; czuł, że temu dziecku działa się krzywda.
Chłopak był zafascynowany przybyszem. Tak właśnie wyobrażał sobie bohatera. Tak
wyglądałby heros walczący z Chaosem. Dokładnie tak.
Kim jesteś Slaine...?
Masz na myśli to, czym się zajmuję?
Yhm.
Ogólnie to pomagam tym, których spotykam. Nie mam stałego zajęcia, choć uczyłem się trochę na kowala.
Czy... czy ty jesteś bohaterem? – Odważył się w końcu zapytać.
Bohaterem? – Rzekł zdumiony. – Nie, nie jestem nim. Opowiem ci o sobie coś więcej, lecz wpierw może powiesz mi co się stało.
Co się stało? – Chłopak gorzko się uśmiechnął a jego twarz posmutniała. – Nic. Poza tym, że bohaterowie to łajzy.
Dlaczego tak uważasz? – Zdziwił się ponownie. – Ja twierdzę inaczej.
Dziadek-nauczyciel mówi, że bohaterowie to szubrawcy, którzy uciekają przed walką, a następnie chwalą się, jacy to oni dzielni. Jak on to powiedział... – Roland na chwilę się zamyślił – o, mam: ”bohaterowie nam znani są podstępni i fałszywi”. Jakoś tak.
To prawda, lecz nie do końca. – Slaine usiadł obok młodzika i odłożył na bok swój oręż. Chłopak miał wielką ochotę dotknąć ostrza, ale bał się reakcji obcego – jakby nie patrzeć – człowieka. – Wiesz chyba, jacy są ludzie – zaczął tamten. Rozwiązanie problemu tego dziecka będzie dla niego trudniejsze niźli walka z hordą orków. – Nie jesteśmy ani elfami ani krasnoludami. Niektórzy z nas postępują w miarę uczciwie, inni nie, a jeszcze inni... Słyszałeś pewnie o kultystach?
Niewiele. Czy mógłbyś mi coś...
Na twój wiek starczy.
W tym momencie Roland w pełni zdał sobie sprawę z niezwykłości tego mężczyzny. W ten sam sposób uciszał go dziad, jeśli wnuk chciał się dowiedzieć czegoś więcej o mrocznych wyznawcach. Spojrzał na Slaine’a kolejny raz. Nie mógł być stary, wyglądał na mniej niż trzydzieści lat.
Tymczasem podróżny kontynuował:
Nasza rasa potrafi upodlić się ponad miarę, ale i ponad miarę może się wznieść. To prawda, większość pieśni chodzących po gospodach to bezwstydne szyderstwa, historie, które nigdy się nie zdarzyły. Nie miały racji bytu. – Spojrzał na dzieciaka – Tylko największe s... – powstrzymał się od przekleństwa – największe łotry tak postępują. Żerują na cudzej krwi i odwadze. Winno się ich wykastrować, by oduczyć tego procederu. – Roland nie zrozumiał ostatniego zdania, ale nie spytał o jego znaczenie. – Są jednak i rzeczy gorsze... – znów popatrzył mu w oczy.
Zobaczył, że chłopak pogrążył się w jeszcze większym smutku. Cholera. Nie był w tym dobry. Zbyt ponure to jego tłumaczenie.
Ale znaleźć też można prawdziwe perły pośród piasku! – szybko zmienił ton. – Prawdziwych bohaterów – cały czas spoglądał w twarz młodzika. – Ludzi wszędzie walczących ze złem pod każdą postacią...
Nic. Roland wyglądał na prawdziwie przybitego. Już nie patrzył w zachwycie na przybysza. Mężczyzna nie wiedział czym może się to skończyć; wolał nie ryzykować. Kurwa. Kurwa mać. Nie lubił takich sytuacji. By mu język sparzyło i by szlag trafił wszystkich pierdolonych pseudobohaterów.
Rolandzie – rzekł spokojnie i ujął go za ramię. – Rolandzie... – powtórzył.
Coo? – Spytał cicho beznamiętnym głosem.
Popatrz na mnie.
Dziecko uniosło głowę. Wpatrywali się w siebie przez jakiś czas.
Co widzisz, a raczej kogo? – Ostry a zarazem delikatny głos smagnął uszy chłopca.
Jak to? Widzę przecież ciebie Slaine.
Tak, to poza tym, a przede wszystkim?
...? Nie wiem o co ci chodzi? – młodzian uniósł się lekko.
Widzisz BOHATERA. Przede wszystkim bohatera – dla ciebie ma się rozumieć. Ja widzę Slaine’a i nikogo więcej.
Uwierzył. Od razu. Tuż potem rozryczał się na dobre i rzucił w ramiona już nie obcego człeka, lecz Slaine’a-bohatera. Wojownik nieprzyzwyczajony do takich czułości (kobiety chciały tylko seksu) objął mocno jego głowę i wtulił w swą potężną pierś. Trwali tak a może i z godzinę.
Slaine podniósł w końcu szyję. Wiedział, iż dobrze postąpił odkrywając to, czego prawie nigdy nie ukazywał – prawdę o sobie samym. Niebo zdążyło już pociemnieć i pojawiły się pierwsze gwiazdy.
Rolandzie – potrząsnął nim lekko – ściemniło się. Daleko mieszkasz?
Nie – odchylił swą załzawioną twarz. – Na obrzeżu lasu, niedaleko.
Twoi rodzice pewnie się martwią, i dziadek także. Pora wracać.
Dobrze. – Nie śmiał mu się sprzeciwiać, choć nie chciał jeszcze stąd odchodzić.
Trafisz sam?
No, ale Slaine... – zawahał się i uśmiechnął – mógłbyś u nas przenocować. Odstąpię ci moją pryczę, co? A matka upiekłaby dwa albo i trzy bażanty. Co tu będziesz robił sam po ciemku?
Nie – oddał uśmiech – serdecznie dziękuje za gościnę, ale ruszam dalej. A co do ciemności... – sięgnął ręką w okolice pasa – łap.
W rękach Rolanda znalazł się duży, ciemnozielony kamień.
Co to?
Potrzyj o spodnie lub inny materiał a sam zobaczysz.
Dzieciak zaczął pocierać kamieniem, który po chwili rozbłysnął słabym, zielonkawym światłem. Zaniemówił.
Niedługo zgaśnie. Żeby podtrzymywać poświatę, musisz nim co jakiś czas pocierać. I uważaj, światło przyciąga różne istoty.
Ale tak to ty nie...
Mam niejeden taki kamyk. Ruszaj już Rolandzie, robi się coraz później.
Nie wiem, co powiedzieć. To... to... – znalazł – najwspanialszy moment mojego życia. Dziękuje ci Slaine. Dałeś mi nadzieję, znów wierzę. Wierzę w bohaterów. Wierzę w ciebie, Slaine.
Kamień zgasł. Obaj powstali (Slaine przykucnął) i po raz ostatni się uściskali.
Zobaczę cię kiedyś? – Ozwał się Roland.
Możliwe. Może na szlaku, kiedy i ty będziesz bohaterem. Nie tak łatwo mnie zabić.
Wiem. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu, odwrócił się i pobiegł.
Rolandzie! – Krzyknął zaraz za nim. – Nie mów o mnie nikomu!
Co?! Dlacze... Dobrze!
Chłopiec zniknął między drzewami, a on po chwili powstał, przewiesił topór przez ramię i udał się w swoją drogę. Drogę, która dopóki będzie żył, dopóty nigdy się nie skończy.
Tekst powyższy stanowi alternatywę dla opowieści (dialogu) SAdama. Zainspirowany jego opowiadaniem postanowiłem napisać coś pozytywnego o bohaterach. Bohaterowie istnieją; nieważne czy to dark, czy heroic fantasy (choć osobiście, co niektórym może wydawać się dziwne, preferuję te pierwsze klimaty). Oni są. Niewidoczni i niewielu ich, ale trwają. SAdam (szanuję jego zdanie) twierdzi, że trzeba realnym okiem spojrzeć na fantasy. Tak, ale jaki byłby świat bez herosów? Nijaki, albo w ogóle by go nie było.
To moja swoista odpowiedź na ”Całą prawdę o bohaterach” – jak wspomniałem stanowi ona drugą, alternatywną możliwość. Dla każdego coś dobrego.
Nie bez powodu użyłem w tekście swojego pseudonimu. I nie bez powodu nosi go taka, a nie inna postać. Ksywka ta została zaczerpnięta przeze mnie z komiksu Slaine: Rogaty Bóg duetu Pat Mills & Simon Bisley. Slaine to celtycki wojownik, człowiek pod przywództwem którego zjednoczyły się plemiona Irlandii, dając zaciekły opór wrogowi.
Po prostu nie mogłem nadać innego imienia bohaterowi (w sensie herosowi), nawet mi nie wypadało. Poza tym samo się nasunęło, tak intuicyjnie. Dla mnie to już synonimy: Slaine = bohater.