Rzecz o bohaterach z nieco innej strony

Roland siedział skulony pod drzewem i cicho pochlipywał. Nie wierzył w to, co mówił dziadek. Nie chciał wierzyć. Uciekł w las zaraz po tym, jak stary człowiek skończył swe wywody na temat bohaterów. Czuł się podle, przez chwilę nawet chciał się rzucić na niego z pięściami, by odwołał to wszystko, co powiedział, ale zaraz się opanował. Jego nauczyciel i dziad zarazem zadał mu pierwszy, mocny cios, używając tylko słów... A będą następne, silniejsze. Pierwsza prawdziwa lekcja Rolanda zakończyła się dlań porażką.

Chłopak miał to jednak gdzieś, ważniejsze było co innego. Jego marzenie. To, kim chciał zostać i o czym śnił po nocach zostało w kilku słowach prawie że definitywnie przekreślone. Biron pociął go swym językiem niczym ostrą klingą. Mit – wyobrażenie o herosie dzielnie i bezinteresownie walczącym o pokój, sprawiedliwość zostało przedstawione w innym, jakżesz paskudniejszym świetle. Dla Rolanda równoznaczne było to ze zmieszaniem z błotem jego marzeń i idei. To, co było dla niego najważniejsze w życiu okazało się fałszem i farsą – nie ma ludzi szlachetnych i mężnych. Musiał sobie popłakać, pobyć samemu, uspokoić się.

Dziadek doskonale o tym wiedział, nie fatygował się więc zatrzymywać wnuka, niech biegnie.

Biron ze smakiem chrupał ciepłe, trochę za bardzo przypieczone bulwy.

– Tak wnuku – ozwał się mlaskając językiem – Stary Świat kryje w sobie wiele zła i fałszu. By przeżyć i żyć godnie, musisz wpierw poznać prawdę o ciemnej stronie świata.

A jego słowa szły z wiatrem w las.


* * *


Roland nie wiedział kiedy nieznajomy nadszedł, nie słyszał zbliżających się kroków. Zawstydził się, obtarł rękawem oczy i obrócił swą załzawioną twarz. Kropelki zwisające z brody kapnęły na kolano. Mężczyzna podszedł bliżej i przykucnął:

Obcy wyglądał na wysokiego i silnego. Jego długie, czarne, natłuszczone włosy stały pionowo przez głowę. Oba policzki okalały szerokie bokobrody. Bystre, niebieskie oczy otaczała czerwona farba. Szorstka, męska twarz wzbudzała zaufanie, podziw, ale też i strach. Nosił futrzaną pelerynę, spiętą pod brodą metalową klamrą. Przez szyję przerzucony miał kolorowy amulet. Przyrodzenie chowała futrzana przepaska, podtrzymywana ogromnym pasem z klamrą w kształcie łba wielkiego warchlaka. Buty wykonane były z niedźwiedziej skóry. Lewe ramię i przegub spinały grube bransolety. Poza tym był nagi. Uda i przedramiona zdobiły wymalowane, niebieskie symbole. A w prawej ręce trzymał częściowo owinięte skórzanym pasem drzewce potężnego, dwuręcznego topora. Cały widok był imponujący.

Chłopak był zafascynowany przybyszem. Tak właśnie wyobrażał sobie bohatera. Tak

wyglądałby heros walczący z Chaosem. Dokładnie tak.

W tym momencie Roland w pełni zdał sobie sprawę z niezwykłości tego mężczyzny. W ten sam sposób uciszał go dziad, jeśli wnuk chciał się dowiedzieć czegoś więcej o mrocznych wyznawcach. Spojrzał na Slaine’a kolejny raz. Nie mógł być stary, wyglądał na mniej niż trzydzieści lat.

Tymczasem podróżny kontynuował:

Zobaczył, że chłopak pogrążył się w jeszcze większym smutku. Cholera. Nie był w tym dobry. Zbyt ponure to jego tłumaczenie.

Nic. Roland wyglądał na prawdziwie przybitego. Już nie patrzył w zachwycie na przybysza. Mężczyzna nie wiedział czym może się to skończyć; wolał nie ryzykować. Kurwa. Kurwa mać. Nie lubił takich sytuacji. By mu język sparzyło i by szlag trafił wszystkich pierdolonych pseudobohaterów.

Dziecko uniosło głowę. Wpatrywali się w siebie przez jakiś czas.

Uwierzył. Od razu. Tuż potem rozryczał się na dobre i rzucił w ramiona już nie obcego człeka, lecz Slaine’a-bohatera. Wojownik nieprzyzwyczajony do takich czułości (kobiety chciały tylko seksu) objął mocno jego głowę i wtulił w swą potężną pierś. Trwali tak a może i z godzinę.

Slaine podniósł w końcu szyję. Wiedział, iż dobrze postąpił odkrywając to, czego prawie nigdy nie ukazywał – prawdę o sobie samym. Niebo zdążyło już pociemnieć i pojawiły się pierwsze gwiazdy.

W rękach Rolanda znalazł się duży, ciemnozielony kamień.

Dzieciak zaczął pocierać kamieniem, który po chwili rozbłysnął słabym, zielonkawym światłem. Zaniemówił.

Kamień zgasł. Obaj powstali (Slaine przykucnął) i po raz ostatni się uściskali.

Chłopiec zniknął między drzewami, a on po chwili powstał, przewiesił topór przez ramię i udał się w swoją drogę. Drogę, która dopóki będzie żył, dopóty nigdy się nie skończy.



Tekst powyższy stanowi alternatywę dla opowieści (dialogu) SAdama. Zainspirowany jego opowiadaniem postanowiłem napisać coś pozytywnego o bohaterach. Bohaterowie istnieją; nieważne czy to dark, czy heroic fantasy (choć osobiście, co niektórym może wydawać się dziwne, preferuję te pierwsze klimaty). Oni są. Niewidoczni i niewielu ich, ale trwają. SAdam (szanuję jego zdanie) twierdzi, że trzeba realnym okiem spojrzeć na fantasy. Tak, ale jaki byłby świat bez herosów? Nijaki, albo w ogóle by go nie było.

To moja swoista odpowiedź na ”Całą prawdę o bohaterach” – jak wspomniałem stanowi ona drugą, alternatywną możliwość. Dla każdego coś dobrego.


Nie bez powodu użyłem w tekście swojego pseudonimu. I nie bez powodu nosi go taka, a nie inna postać. Ksywka ta została zaczerpnięta przeze mnie z komiksu Slaine: Rogaty Bóg duetu Pat Mills & Simon Bisley. Slaine to celtycki wojownik, człowiek pod przywództwem którego zjednoczyły się plemiona Irlandii, dając zaciekły opór wrogowi.

Po prostu nie mogłem nadać innego imienia bohaterowi (w sensie herosowi), nawet mi nie wypadało. Poza tym samo się nasunęło, tak intuicyjnie. Dla mnie to już synonimy: Slaine = bohater.


Slaine