Jesteśmy szczęściarzami. My wszyscy zdrowi. Naprawdę. Powinniśmy być wdzięczni Bogu, losowi, czy komu/czemu tam jeszcze a kogo/co uważamy za sprawcę wszystkiego. Taka wydawałoby się prozaiczna sprawa – zdrówko. Ot, nie zaprzątamy sobie nim zbytnio głowy, przecież je mamy. Prawda, męczą nas grypy, wysypki, bóle stawów, czy inne takie, ale nie sprawiają nam większych kłopotów. To, że nasz organizm sprawnie funkcjonuje jest dla nas rzeczą oczywistą. To tak, jak ze słońcem – rano zawsze musi wzejść na niebie. Nie ma innej możliwości.
Niestety, słońca niektórych ludzi już nie wschodzą, ich słońca wygasły.
Czy zastanawiał się kiedyś ktoś z Was, jak wielkie brzemię niosą na swych barkach niepełnosprawni? Jak wygląda ich codzienne życie? Wyobraźcie sobie, iż każdy dzień to wyzwanie rzucone Wam przez świat. I jesteście niemal sami, jedynie garstka przy Was stoi – mama, tata, siostra, paru prawdziwych przyjaciół.
Nasze problemy wydają się nic nie znaczącymi wobec tych, z jakimi spotykają się oni.
Czy wiecie, jak okrutna potrafi być natura?
Przykład: dystrofia mięśniowa – choroba powodująca powolny zanik mięśni. Twoje ciało staje się coraz bardziej wiotkie, z czasem nie możesz ustać o własnych siłach – musisz poruszać się (czytaj: ktoś musi poruszać ciebie) na wózku. Bez specjalnej opieki medycznej nie pociągnąłbyś długo. Wkrótce twoje mięśnie stałyby się tak słabiuteńkie, iż nie byłyby zdolne do zapewnienia prawidłowego przebiegu procesu oddychania i zwyczajnie udusiłbyś się. Jesteś bezsilny. Nie możesz nic poradzić. Zdajesz sobie sprawę ze swojego brzydkiego wyglądu, ze swej nieatrakcyjności. Czujesz odrazę do własnego ciała za to, że jest ułomne, że... nie jest takie, jak inne.
A bliźnięta syjamskie, myślał kiedyś ktoś z Was, jakby to było dzielić jedno ciało z drugą jaźnią? Być groteskowo zrośniętym głową ze swoim bratem? Posiadać wspólną miednicę, jedno serce i te same (dwie) nogi? Niczym jakiś potwór z bajek. Ale to nie bajka – to rzeczywistość, a to nie potwór – to ty. Wraz ze wzrostem deformacje pogłębiają się, coraz bardziej zagrażają twojemu istnieniu. I ta świadomość, że cały czas ktoś w tobie siedzi, że nigdy się od niego uwolnisz, że mimo, iż odrębni, stanowicie jedność.
A czy mógłbyś sobie wyobrazić śmierć swojej drugiej połówki? Czy coś takiego jest w ogóle możliwe? Czy nie byłoby to równoznaczne z twoim zgonem – dosłownie i w przenośni?
Twój umysł jest zdrowy, to tylko ciało, tylko powłoka, ale jakże ważna! Jeśli jest wadliwa, nie możesz normalnie funkcjonować na tym świecie. Pozostaje ci wegetacja i nadzieja na cud, lecz cuda rzadko się zdarzają. Zostaje więc to pierwsze. Ale istnieje jeszcze jedna możliwość, taki czarny robak toczący od środka. Samobójstwo... Nie chciałbym roztrząsać tej kwestii. Jest bardzo ważka i łatwo się w niej zaplątać.
Przyznać muszę, że podziwiam tych ludzi. Ich wytrwałość, wolę walki, hart ducha. To, iż każdego dnia umieją spojrzeć cierpieniu prosto w oczy. Nie odwracają wzroku, nie spuszczają głowy. Podejmują owo wyzwanie. Ja na ich miejscu chyba bym tak nie potrafił. Chyba, bo nie jestem w stanie tego stwierdzić na pewno. Musiałbym dopiero znaleźć się w podobnym położeniu, by powiedzieć: „tak, tak właśnie bym postąpił”.
Oni nie są zwyczajnymi ludźmi, to herosi. Mocarze naszego świata. Wysiłek, jaki podejmują jest nadludzki. Świadectwo, które dają swym żywotem powinno skłaniać do pokory, szacunku wobec każdego życia i refleksji nad nim.
Ileż oni by dali, aby móc przejść przez życie, jak każdy. Normalnie, być i przeminąć. Jak każdy i wszystko. Czego oni by wtedy nie uczynili... Ofiarowaliby tyle miłości, tyle dobroci, tyle współczucia, troski, przyjaźni, bliskości i zrozumienia drugiemu człowiekowi, ile byliby tylko w stanie. Tego wszystkiego, czego sami teraz potrzebują od innych. Od nas.
A my? Co my robimy? No co...? Nic. Nie widzimy ich, lub też nie chcemy widzieć. Mijamy obojętnie na ulicy, miast pomóc, przyspieszamy kroku, traktujemy jak powietrze. Lecz to nie brak ludzkich odruchów takich, jak współczucie, wyrozumiałość, dobroć jest najgorszy. Najokropniejsze jest zezwierzęcenie. Bezsensowna, nieuzasadniona (a, przepraszam, uzasadniona innością) podłość, bezczelny śmiech.
Czy nie czujecie odrazy, gdy grupka młodzieży naigrywa się z opóźnionego umysłowo chłopca? A on nie ma się jak bronić, gdyż nie do końca rozumie, o co chodzi. Nie wolno im tak postępować. Nikomu z nas nie wolno. To po prostu nieludzkie. I choć nie zawsze da się odnaleźć granicę pomiędzy dobrem a złem, w tym wypadku jest ona ewidentna: nie dokuczaj. Jeśli nawet nie chcesz pomóc, to przynajmniej nie dokuczaj. Rozumiesz? On ma gorzej, ciężej, on cierpi, nie waż się go tykać, ty nie masz pojęcia, jak to jest. Nie masz prawa! – Każdy człowiek powinien mieć zakodowaną w głowie podobną wiadomość. Większość ma. No, ale są umysły wielkie, przeciętne, i te małe. W tych ostatnich niewiele się mieści – zabawa, szpan, kasa, picie, rozróby. Da się to streścić jednym słowem: ograniczenie. No i gdy ktoś taki jest w stadzie, to chce się popisać, pokazać przed resztą – czuje się jak na polowaniu. Wypatrzy ofiarę – wiadomo, w świecie zwierząt są to najczęściej osobniki słabe, stare... i chore. Następnie drapieżnik rzuca się do ataku, a wraz z nim całe stado. Taka moja alegoria.
Gdybym spotkał podobnych drani, miałbym ochotę przyładować każdemu po kolei w mordę i waliłbym w nie tak długo, aż by się wreszcie zastanowili nad tym, co uczynili. Jak wielką krzywdę wyrządzili temu komuś. Żeby pomyśleli. Przecież od tego mają swoje mózgi.
Ludzka solidarność. Zwyczajna pomoc, płynąca prosto z serca. Czy nie widzisz, że drugi człowiek jest w potrzebie, że trzeba wyciągnąć do niego dłoń? On został gorzko doświadczony przez los, jest niepełnosprawny... Wyciągnij swą dłoń. Nie bój się, nie wstydź. To wciąż człowiek. Też ma prawo do szczęścia... nawet jeszcze większe niż ty. Pomóż mu.
Pomóż.
Wielu tego oczekuje, a świat jest taki skołowany. Większość myśli tylko o sobie, o swoich potrzebach: mieć dobrą rodzinę, przyjaciół, fajną dziewczynę, kasę, być wysportowanym i mądrym. Samorealizacja. Po co komu opiekować się chorymi, niepełnosprawnymi, co on przez to osiągnie? Smukłą sylwetkę, wiedzę, pieniądze? Nic.
A zadaj sobie pytanie: po co ja żyję? Czy po to, aby być pięknym, wykształconym, lubianym, bogatym? Aby mnie podziwiano? Aby mi się powodziło?
Racja, dobrze mieć kochającą rodzinę, dziewczynę, sprawdzonych kolegów, forsę. Być szczęśliwym. Ale to wszystko przeminie, ty też, i to nim się obejrzysz. A co z tymi, którzy nie są szczęśliwi, którzy nie mogą być szczęśliwi? Co z nimi? Czy nie warto im pomóc? Owszem, warto. By poczuć satysfakcję, uczucie płynące z głębi ciebie, że jesteś potrzebny, że uczyniłeś coś dobrego, że komuś pomogłeś. To się liczy. Uwierz mi, to jest wieczne, nigdy nie przeminie. Lecz nie głoś, jaki to jesteś wspaniałomyślny. To jest dla ciebie, tylko dla ciebie, nie na pokaz.
Teraz już wiesz? Żyjesz dla innych. Graj w piłkę, ucz się, biegaj, baw, szalej, ale pamiętaj – pomagaj. Nie musisz być pokutnikiem, nie musisz rezygnować ze swojego życia, po prostu dziel się nim z pozostałymi. Gdy trzeba, powiedz dziewczynie, że nie możesz się z nią spotkać, odmów kolegom, a idź tam gdzie jesteś naprawdę potrzebny. Rozróżniaj priorytety – co jest ważniejsze: wyjście do knajpy, czy rozmowa z chorym chłopcem? Do pubu jeszcze nie raz wyskoczysz, a tu możesz pomóc drugiemu człowiekowi. Jaką podejmiesz decyzję, co?
Na koniec mam prośbę. Jeśli będzie Cię kiedyś mijał chłopiec mamroczący pod nosem coś bez ładu i składu, nie śmiej się z niego, nie wytykaj go palcami, nie spoglądaj na niego, jak na dziwadło. Pomyśl... Pomyśl, że równie dobrze mógłbyś to być Ty sam.