wśród wichrów płomień boży”
Ciemność ze mną, synem przeklętym. Ciemność mym ojcem z nicości utkana. Chroni mnie wiernie, gdy siedzę w jej wnętrzu głęboko skryty.
Widzę was wszystkich, widzę i cię. Jestem twym aniołem... lecz nie Stróżem. Ja jestem twym aniołem Sędzią. I nic cię nie uchroni przed mym gniewem, gdy ów się przeciw tobie skieruje. Nawet twój Stróż, bo Stróż jest słaby. On nie ma tego ognia, brak mu tej iskry mocy, z której potem bucha płomień przemożny. Nie do zgaszenia, mocarny, palący wszystko dokoła. Gdy minie – zgliszcza się tylko ostaną.
Mówisz, że mnie nie ma, że nie istnieję? A cóż ty możesz wiedzieć o życiu... o śmierci. Nędzna, żałosna istoto. Wielkie sprawy toczą się poza twoimi plecami, rzeczy o których tobie się nie śniło. Jesteś tylko kukiełką, która myśli, że żyje, podczas gdy za twe sznurki pociągają nieznane ci siły, których istnienia byś nawet nie podejrzewał.
Czy mrówka zdaje sobie sprawę z twojego jestestwa, z tego iż stanowisz dla niej śmiertelne zagrożenie, iż możesz ją w każdej chwili zgnieść? Nie. Ją dzielą od ciebie wieki ewolucji, jest prochem marnym. Spójrz: ty jesteś przy mnie jak ta mrówka mała, co drepcze bezrozumnie. Tyle, iż ona postrzega cię na swój sposób. A czy ty mnie widzisz? Pytanie bez sensu, pytanie to ma uświadomić ci twą kruchość, twą nagą bezbronność. Bo ja w każdej chwili mogę cię zabić, przerwać twój monotonny żywot, ukrócić nić płynącej egzystencji! I nic mnie nie ogranicza, bo jestem wolny! Sam sobie panem i przeznaczeniem!!! I skruszyć mogę takich, jak ty wszędzie i o każdej porze!!! Bez wysiłku! Bo jam ciemny jest wśród wichrów płomień boży...!
Nie widzisz mnie i nie zobaczysz, póki sam tego nie zechcę. A jeśli się już komuś ukazuję, czynię to zazwyczaj w chwili poprzedzającej jego śmierć. To jest nagroda, a i nie każdy jej dostępuje. Niech więc ci nieliczni wybrańcy mają coś prawdziwie godnego od życia, niech choć przez chwilę napawają swój wzrok mym widokiem, bo zaiste nie ma piękniejszego obrazu. A ich twarze... ich twarze są wtedy piękne. Pełne grozy, uwielbienia, niewiary. Stoją jak sparaliżowani. A gdy wykonuję ruch, gdy podchodzę ku nim, doznają ekstazy.
Rzadko pozwalam sobie na chwile przyziemnej rozkoszy, co nie znaczy nigdy. Jeśli już tak, to niewiasta musi być wyjątkowa, musi się czymś wyróżniać z tłumu. Przeważnie jest to piękno, które dla mężczyzn z waszego rodzaju równie dobrze pięknem być może, jak i nie. Bowiem wy nie dostrzegacie wszystkiego, a właściwie zauważacie tylko cząstkę, zwykłą powierzchowność. Nigdy nie będziecie widzieć tego, co ja, bo nigdy się mną nie staniecie. Jesteście tacy żałośni. A to podobno ja jestem wyklęty. Mnie uznają za złego...
Bo jestem zły, ale wy też! Przeklęci ludzie! Wasz rodzaj wyzdycha, jak wszy wytrute! Na inne miano i los nie zasługujecie, wierzcie mi. Wprawdzie pod paroma względami jesteście podobni do mnie, ale to niczego nie zmienia. Jak już mówiłem, wy mało widzicie. Jesteście ślepcami. Cały wasz rodzaj. A już największymi są wasi księża, kapłani i siostry zakonne!!! To oni zgubę na was sprowadzą, wiodą was krętą uliczką bez wyjścia na końcu. Są jak niewidomi prowadzący za rękę dotkniętego daltonizmem. Sami na zatracenie idą i innych ciągną. Stanowią źródło plugastwa i obłudy. Wierzcie mi – oni wam nie pomagają. Stanowią natomiast przeszkodę, są jak bąk uparty, co latać ci będzie cały czas koło ucha, dopóki go nie ubijesz. Zatem mówię ci: nie pozwól by ci doskwierano i by tobą kierowano – utłucz bąka. To takie proste. Musisz poczekać aż podleci, aż znowu zacznie kąsać. Nie oganiaj się wtedy i pozwól mu usiąść. Niech spija twą posokę, i gdy będzie najmniej czujny, gdy nie będzie się tego spodziewał – uderz. Silnie i bez wahania. Pamiętaj, nie wahaj się, bo jeśli ręka ci zadrży, bąk odleci, a pamiętał będzie, iż utłuc go chciałeś i nie da się drugi raz tak łatwo zaskoczyć.
Jeśli jesteś wierzący, wiedz, że twoja wiara (bez znaczenia jaka) to kłamstwo. Bzdury wpajane ci od dziecka po to, by móc tobą łatwiej manipulować. Dajesz sobą pomiatać innym. A najbardziej hańbiące, iż są to zwykli śmiertelnicy tobie podobni. Nie ktoś taki jak ja.
Jesteś niewolnikiem. Swoich własnych braci, swojego boga i całego świata. Czy czujesz to teraz, zdajesz sobie z tego sprawę...? Jesteś nikim, a możesz być kimś. Wprawdzie nie myśl nawet o potędze w połowie mej równej, ale wiedz, iż ciebie zadowoli na pewno. Zaspokoi twe ambicje jak nic na ziemi; żadna kobieta nie sprawi byś poczuł się prawdziwym mężczyzną, tak jak uczyni to ta cząstka siły.
Jeśli jesteś wierzący prawdopodobnie wiadomo ci coś o mnie; choćby właśnie to, że istnieję naprawdę, że to nie żaden wymysł. Pewnie jednak podawali ci o mnie stek łgarstw, największych, wręcz niemożliwych do objęcia rozumem okropieństw? Szykanowali mnie, plugawili i oczerniali? Mówili o złu wcielonym, powiadali by mi nie ufać i nie wierzyć? A czy mieli podstawy?! Czy było im wolno?! Jakim prawem?, nie znają mnie, nic nie wiedzą! I ci sami kapłani, którzy mówią o przebaczeniu, o tym, że bóg jest miłosierny, twierdzą, że dla mnie nie ma zbawienia ni odkupienia?!!! Że należy mnie żywcem pogrzebać w grzechu, żem na wieki stracony?! Durnie!!! Uniżeni, zakłamani poplecznicy swego niegodziwego pana. Pana, który ponoć słynie z dobroci. Cóż to za dobroć?! Stworzyć świat ze wszystkimi jego brudami! Jeśli to przez ludzi, to po co oni?! Po co wy żyjecie?! Zdychajcie! – tak brzmi prawda w obliczu twojej wiary – zdychajcie! Gińcie i nie ródźcie się więcej! Czy tego właśnie chcesz...?! To mówi twoja wiara. Czy tego chcesz...?
A jeżeli to ma wina, to po co tu jestem? Czy nie powinno mnie nie być? Po co twój bóg mnie powołał?, no bo mówią, że to on stwórca wszystkiego. Wielki pan patrzący łaskawym okiem na swe dzieło. Po co ja w jego doskonałym planie? Po co tworzył coś równie potwornego?!
Kłamstwo i fałsz. Jedna wielka obłuda. Twój pan jest mi równy, choć to on mnie stworzył. Myśmy takie same siły i równie dobrze czcić możesz mnie miast jego. Ja najszczerszą prawdę ci wyjawiam i nie kryję nic przed tobą, jak on zrobił. Nie sączę trucizny, co on czyni. Ja karmię cię prawdą – boskim nektarem.
Czy dostrzegasz już przewrotność swej religii? Jej kłamstwa powodowane niemocą i bezsilnością? Pan twój jest marnością. To dlatego ucieka się do sztuczek podstępnych, próbując za wszelką cenę wziąć cię na stronę. Jest bestią nienasyconą, ciągle łaknącą. On nie daje ci wolności, ale ci ją zabiera. Decyduje za ciebie.
Oto ukazałem ci najświętszą prawdę. I sam wybierzesz jak uznasz za stosowne. Nikt cię do niczego nie zmusi. Lecz zastanów się dobrze, nim miałbyś podjąć pochopną decyzję, której byś potem do końca żywota żałował. Pomyśl... O wszystkim coś do tej pory z ust mych usłyszał, o tym jakiego zaszczytu przez to dostąpiłeś. O tym, iż zniszczyć mógłbym cię już dawno, a mimo to wciąż stoisz przede mną, o fałszywych prorokach głoszących kłam światu.
Jesteśmy podobni – ty i ja. Z tej samej krwi zrodzeni. Ja nie chcę twego upadku, chcę twej potęgi. Byś mocarzem był nad bezrozumną masą, która sama nie wie, co dla niej dobre, a co złe. Byś prowadził ją ku mnie – istocie wszechrzeczy. Ja bowiem jestem prawdą tego świata i tylko u mego boku przetrwać zdołacie. Dlatego mym posłańcom zsyłam moc, o której ci już wspomniałem, by zwalczali wrogów i szerzyli prawdę ludowi... Nadajesz się na posłańca. Naprawdę. Widzę go w tobie. Ukrytego. Pozwól mu się ujawnić, niech wyjdzie na zewnątrz i okaże swą niszczycielską moc. Niszczycielską? – pytasz. A tak, niszczycielską, druzgocącą, miażdżącą, w pył roznoszącą co żywe i co martwe. Nie zdajesz sobie sprawy, jaka to pyszna przyjemność używać jej, gdy twierdze najgrubsze pod twym naporem pękają, gdy wrzask i skowyt mordowanych niesie się echem w przestworzach i wypełnia twe uszy najmilszym z dźwięków. Gdy nikt przeciwstawić ci się nie może, a nawet nikt nie próbuje, bo wie, że szans nie ma żadnych. Gdy ojciec syna wydaje ci na połknięcie, byle tylko własną skórę ocalić. Lecz z synów nijakiego pożytku nie mam; czasem tylko córek zażywam i czasem matkę czy ojca takiej ostawię przy życiu... I czyż nie jestem miłosierny, czy nie mnie winien przypisywać ten tytuł?
Wiedz, że bardzo szybko zasmakujesz w ucztach i z każdym następnym razem będziesz chciał więcej. To dobrze zaspokajać swe ambicje, acz uważaj tylko, byś nie był zbyt pazerny. Pazerność przeszkadza, przesłania ci twe powołanie. Z czasem możesz się w niej zatracić... a tym samym zatracić mnie. A wtedy spotka cię sroga, zasłużona kara. Ale wydajesz mi się na tyle rozsądnym człowiekiem, w przeciwieństwie do większości z was, że będziesz wiedział co czynić, by mi się przypodobać i unikał zdradliwych ścieżek.
Czy to strach maluje się w twoim sercu? Ależ nie masz powodów, by się mnie obawiać. Jak na razie. Poza tym, przecież jestem miłosierny, nieprawdaż?
Rzeknę ci jeszcze prawdę najświętszą z najświętszych; zapamiętaj ją na wieki całe i noś głęboko w sercu: ja nie kuszę, ja wyzwalam. Jestem wybawicielem ciemiężonych...
I jak, powziąłeś już decyzję?
A jednak wciąż się wahasz. Czujesz rozterki w głębi swojego jestestwa. No tak, jesteś przecież człowiekiem. Zatem posłuchaj, opowiem ci pewną historię. Krótką i nieznaczną, lecz powinna ci dopomóc w podjęciu właściwej decyzji. Rozwieję twe wątpliwości, rozgonię je, jak wiatr zamiata ze chodnika pożółkłe, zeschłe liście. Wpierw jednak pozbądź się wszelkiego balastu z głowy, otwórz umysł na piękne w swej cierpkości słowa i wsłuchaj w mój szept...
Któregoś z niezliczonych dni, będących moim udziałem, gdy pędzący wicher gnał burzowe chmury ponad szczytami drapaczy, a ja siedziałem na krawędzi dachu jednej z wielkich kamienic, ujrzałem coś, co przykuło mą uwagę.
Właśnie począł kropić jesienny deszcz i jak wielu przyspieszyła kroku. Miała w sobie to piękno, o którym już ci wspominałem, ale prócz tego miała coś jeszcze... Była to moc, taka sama, którą i ty posiadasz. U niej jednak owa siła przewyższała drzemiącą w tobie wielokrotnie. Zaskoczony? Nie ma czemu się dziwić. Chyba nie myślałeś, że jesteś najpotężniejszym spośród swojego gatunku, prawda...? Czemu to smętnie spuszczasz głowę, czyżby podobna myśl nawiedzała choć przez chwilę twój umysł? Robaczku, jesteś silny na swój sposób, ale wiedz, że zawsze znajdą się silniejsi od ciebie...
Z twojej miny wyczytuję kolejne pytanie. Wiem nawet o co chcesz spytać. Dociekliwość pomaga, lecz uważaj, gdy rozmawiasz z kimś takim jak ja, nie o wszystko wolno pytać. Niektóre kwestie nie powinny być roztrząsane, a już na pewno nie przez tobie podobnych. Niektóre pytania winny pozostać bez odpowiedzi.
Zaspokoję jednak twą ciekawość. Tak. Mnie również to dotyczy. I niech tyle ci wystarczy. Wielkimi sprawami zajmą się wielcy, nie maluczcy! Bo maluczcy nie mają o niczym pojęcia, bo maluczcy są strawą dla wielkich! Większy zżera mniejszego – oto jak świat się toczy od zarania dziejów! Wy ludzie, choć mało widzicie, dostrzegliście tą oczywistą prawdę. Małe przedsiębiorstwo z nędznym kapitałem nie może konkurować z molochem o ogromnych funduszach; z góry skazane jest na porażkę i upadek...
Zauważyłeś, jak dużo już ci powiedziałem?, a to dopiero początek, zapowiedź tego, co będzie. Doceń to. A teraz ciąg dalszy historii...
Była to, jak zapewne się domyślasz, niewiasta twojego rodzaju. Dziewica, wyczuwam takie rzeczy. Pognałem po dachach w ślad za nią, idącą ulicą. Bez najmniejszego kłopotu wyprzedziłem i, przystanąwszy na jednym z szerszych parapetów, obserwowałem jej twarz. Nastąpił błysk zrozumienia. Od dawien dawna nie napotkałem kogoś takiego. Skoczyłem i rozpostarłem skrzydła, spadając w łagodnym, kołowanym locie na bruk. Ruszyłem w jej kierunku a ona, niczego nieświadoma, szła ku mnie. A najpiękniejsze, że była wolna od zmazy pierworodnej. Nie wiem jak, dlaczego, i choć mam własne domysły na ten temat, pewien nie jestem. To jednak nieważne. Była już moja. I nawet to, iż brała chrzest nic nie mogło jej pomóc, bowiem nie posiadała swojego Stróża. Miałem ją. Stanąłem na wprost niej i gdy miała już na mnie wpaść, gdy mnie muskała, delikatnie usunąłem się na bok, chuchając prosto w jej rozwarte usta. Nie zwalniając obejrzała się na prawo w pustą przestrzeń, gdzie stałem i napotkałem jej oczy. Była w nich niepewność a nawet coś więcej – strach. Ale były piękne, tak jak ona cała. Bawiąc się z nią w ten sposób, dotarłem przed wieżowiec, w którym mieszkała – szare, obdrapane, dziesięciopiętrowe zwalisko betonu. I wtedy stała się rzecz, która wyzwoliła mój gniew, a on zawsze bywa przemożny i nigdy nie wygasa. Trzech młodych, nic nie znaczących ludzi, którzy tobie wydawać by się mogli silni i władczy, zaczepiło mą wybrankę. Bezrozumne stworzenia. Głupi, który nie wie co czyni. Głupi, który grzech śmiertelny popełniając, nie wie za co umiera. Czy myślisz, że zależało mi na ich życiu, na tym by mi służyli? Jeśli tak, to mylisz się wielce! Takich jak oni mogę mieć tysiące; bezmózga masa do niczego niemalże nieprzydatna. Lecz takich jak ona, czy choćby nawet ty – tacy należą do rzadkości. A ja dbam o tych, na których mi zależy.
Rozszarpałem wszystkich pięciu na miejscu, wyrywając im poszczególne członki z ciała. I trwało to zaledwie chwilę. Nie mieli czasu na ucieczkę; nawet nie zdążyli zareagować. Pytasz czemu pięciu?, bo pięciu ich tam stało. Czym są ich dwa śmierdzące życia wobec mojej krótkotrwałej przyjemności? To przepaść. Ludzie jak oni zrodzili się tylko po to, by zaspokajać żądzę istot takich, jak ja. Widziałeś kiedyś mężczyznę, któremu urwało obie ręce?, albo stojące bez głowy ciało? Czy wiesz, jaki wizg przeraźliwy wydaje facet pozbawiony swej męskości? Znasz dźwięk gruchotanej krtani, łamanej łopatki i miażdżonego kolana? Czułeś zapach i smak krwi przelanej; brodziłeś w niej? Tak, te rzeczy można pokochać, jak najprzedniejszą z niewiast, choć – o ironio – znów mówię o rozkoszach przyziemnych. Ciebie jednak powinny w większości zaspokajać, mam rację...? Mam ją. Wiem o tym.
Ona przez cały ten czas stała i patrzyła w przerażeniu. A winna tak naprawdę spoglądać w uwielbieniu. Potem uciekła do klatki a ja poszedłem za nią. Biegła jak szalona. Obawiała się o swoje życie, myślała, iż ją również chcę uśmiercić, a ja byłem przecież jej wybawicielem. Wiedziałem, że strach paraliżuje jej ruchy, a mimo to zdołała przezwyciężyć w sobie ową niemoc i działała. Piękne są kobiety czynu. Kobiety, które nie boją się nie tylko mężczyzn, ale i nie panikują, gdy mają do czynienia z nieznanym. A ja jestem nieznanym, niezbadanym i niezmierzonym. I nikt nigdy natury mej nie pozna, ponieważ ja stoję ponad wszystkich, jam pan jedyny i prawdziwy, jam byt promieniujący wszechświatem; bo wiedz, że pomimo innych bytów, istota istnienia we mnie się zawiera – stanowimy nierozerwalną jedność.
Przed samymi drzwiami groza wzięła ją jednak w swe objęcia. Jej roztrzęsione ręce nie potrafiły trafić kluczem w dziurkę. Jej przyspieszony oddech... Cudowny... Młoda, urodziwa, silna a zarazem tak krucha istotka walcząca o życie... Opadła bezwiednie u progu i trwała nieruchomo nawet nie łkając. Ot, tak po prostu. Lecz mnie niełatwo oszukać; a dla was jest to wręcz niemożliwym. Płakała. Cichutko, bezgłośnie, ale jednak. Nie miała żadnego oparcia, a czyż można iść przez życie samemu, bez niczyjej pomocy? Nie da się. Nikt z was nie jest na tyle mocny, by sam stawiał wszystkiemu czoła. Później czy wcześniej ulegnie, zostanie zaszczuty i zniesiony. Podniosłem klucze – nawet nie zauważyła – i otworzyłem drzwi. Drgnęła. Wbiegła do środka i trzasnęła nimi, od razu zamykając je na zamek. Ja jednakże wszedłem już wcześniej. Wciąż dysząc, zaczęła rozglądać się dookoła. Strach malował jej źrenice ciemnymi barwami, a zroszone potem włosy przylgnęły do szyi i twarzy. Zdmuchnęła kosmyk wchodzący jej do ust i ozwała się pełnym napięcia głosem:
Ktoś tu jest...? Kim jesteś? Czego chcesz...?
Uśmiechnąłem się tylko, choć i tak nie mogła tego dostrzec – często wypowiadacie te dwie frazy jeśli już kiedyś mnie ujrzycie lub poczujecie. Kim jesteś? Czego chcesz?
Jestem twoim przeznaczeniem i chcę ciebie – odpowiedziałem.
Omal nie podskoczyła zdjęta grozą. Jej oblicze przybrało blady wyraz i widać było, iż jeszcze chwila a zemdleje.
Ale nie obawiaj się, nie skrzywdzę cię. Jestem tu po to, aby cię chronić.
Ale... dlaczego właśnie mnie chcesz? – Wyszeptała.
Bo masz coś, czego nie mają inne, a co jest rzadkością.
Co? – Spytała ledwo słyszalnie.
Moc. – Odrzekłem i przysunąłem się bliżej.
Nie poczuła. Stałem tuż u jej boku. Szepnąłem jej do ucha, a ona pisnęła przeraźliwie i upadła:
Będziesz moją posłanką i moją nałożnicą. Poznasz tajemnice, o których nie miałaś pojęcia, będziesz mogła czynić rzeczy, które dotychczas były dla ciebie nieosiągalne... Jeśli tylko uwolnisz śpiącą w tobie moc.
Spojrzałem na nią leżącą u mych stóp i ukazałem się jej, lecz nie po to, by ją zaraz potem zabić, a po to, by dać jej rozkosz mego widoku i by wiedziała czyj członek będzie ją zaraz penetrował. Wyciągnąłem dłoń. Podała mi swoją. Bała się, ale była wyraźnie zafascynowana. Zerwałem jej odzienie i dałem przyjemność nieporównywalną z żadną inną. I część energii w niej tkwiącej przebudziła się do życia. Bo gdy później wylecieliśmy w niebiosa nie była już niczym skrępowana. Nagość wcale jej nie zawstydzała a mego ciała pragnęła jak niczego dotąd. I dopiero wtedy straciła też dziewictwo, pomimo iż miała wcześniej niejednego mężczyznę. Zwykły człowiek bowiem nie da rady pozbawić cnoty kogoś takiego, jak ona. Zwykły człowiek jest niczym. Toteż jej rozkosz była podwójna. I jeszcze tego samego dnia mnie pokochała i przyrzekła dozgonną wierność podczas rytuału odkupienia. Od tamtej pory każdej nocy wieżowcem, w którym mieszkała, wstrząsały ryki wyuzdanej miłości. Policja? Policja nic nie mogła wskórać. Jeśli już bowiem przyjeżdżała, to tylko by znaleźć własną śmierć. I zawsze ją odnajdywała.
Nadszedł jednak ten dzień z owych mych niezliczonych, że wszystko się zmieniło... Nawet go nie dostrzegłem, nie wyczułem, tak jakoś umiejętnie mnie podszedł. Przybyłem do niej, jak zwykle przybywałem. I nie dostrzegłem go... Od tamtej pory jestem roztropniejszy.
Stał pomiot boży w rogu schowany, niewidoczny, podczas gdy ona dławiła się własnymi wymiocinami! Męczył ją i ból jej zadawał ogromny, próbował gwałtem i siłą na swoją stronę przeciągnąć! Ale ona była wytrwała – nie poddawała mu się łatwo, choć szans nie miała żadnych, ponieważ była o wiele słabsza. Nagle ozwał się w moim kierunku, a mnie furia ogarnęła. Stanąłem z nim i bój okrutny stoczyłem. Krwawy, bo w szale ludzkie żniwo zbierałem i rzucałem na ziemię człowieka, jak kosiarz kłosy zerżnięte za sobą zostawia. Plon jednakże marny był, a jam ledwo z życiem uszedł...
Po kilku latach spotkałem ją ponownie, koło hipermarketu. Jej Stróż czuwał nadal, ten sam, niezmieniony. Czego nie można było powiedzieć o niej. Szła z dwoma bękartami za rękę, a obok jakiś bezmózgi samiec otwierał drzwi od mercedesa. Ona sama zbrzydła niepomiernie, a moc jej wygasła. Stała się zwykłą, bezrozumną suką, jakich całe rzesze. I to jej Stróż, to jego robota! Upodlił i zniszczył tak cudną niewiastę! To są przeklęte anioły, to anioły ciemiężyciele! Wymazał jej jaźń, aby nie pamiętała mnie, ani niczego, co ze mną związane, gdyż szary człowieczek nie może mieć o nas pojęcia. Sprawił, że się zatraciła i rozpłynęła w ludzkiej masie.
Nie pozwól by i ciebie to spotkało. Nie bądź nikim, bądź kimś. Działaj i pozwól mi działać...
Jak brzmi teraz twoja odpowiedź? Zdecydowałeś?
Tak... Odejdź potępiony przez boga aniele ciemności i nie kuś więcej! Jesteś panem kłamstwa, rozpusty, śmierci i zła wszelkiego!
...Stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój. Rano, we dnie, w wieczór, w nocy. Bądź mi zawsze ku pomocy... Jakim sposobem udało ci się wyswobodzić?
Nie łatwo się mnie pozbyć. Twoi słudzy powinni się lepiej starać, bo jak dotychczas słabo im to wychodziło. A dopóki ja trwam, nie zdobędziesz duszy tego chłopca!
Powiadam ci: nie potrwasz już długo.
Zatem wyciągnij swój miecz o czarnym płomieniu i stawaj upadły aniele!
Dobrze, mój ty jasny bracie...!
Tekst ten traktuje o sprawach ważkich i niektórzy czuć się mogą oburzeni. Mimo, iż przedstawiony świat ma bardzo wiele z naszego, to nie jest naszym światem. Mogę go przyrównać do Świata Mroku, który przecież choć podobny, światem naszym również nie jest. Tyle, że w WoD-zie realia nieco różnią się, od tych przedstawionych w moim opowiadaniu.
Celem moim było ukazanie przeklętych bytów anielskich, które wbrew swej naturze obróciły się przeciwko dobru. Raz jeszcze zaznaczam, że wszystko to jest fikcją literacką, pomimo gdzieniegdzie wyraźnych inspiracji naszym otoczeniem, dlatego proszę nie odnosić treści do naszej rzeczywistości, a już tym bardziej do religii.
Na koniec pragnę podziękować SAdamowi, którego sesja (notabene zawierająca motyw dark angel’a), a dokładniej krótka rozmowa z nim po sesji, zainspirowała mnie do stworzenia tego, co stworzyłem. Dzięki.